statystyki

Lustracja listopadowa: Zdrajców nienawidzimy, ale nie potrafimy ich rozliczyć

autor: Andrzej Krajewski24.11.2017, 07:21; Aktualizacja: 24.11.2017, 09:04
podsłuch

Donosicieli, szpicli i zdrajców szczerze nienawidzimy, lecz gdy trafi się okazja, by ich rozliczyć, wówczas zrobimy wszystko, by ideę skompromitować.źródło: ShutterStock

Donosicieli, szpicli i zdrajców szczerze nienawidzimy, lecz gdy trafi się okazja, by ich rozliczyć, wówczas zrobimy wszystko, by ideę skompromitować.

Reklama


W Warszawie panował entuzjazm, bo pozbyto się Rosjan. Obradował wolny Sejm, wojsko znalazło się pod rodzimą komendą. Podobnie jak policja i tajne służby. Rewolta była tak błyskawiczna, że okupant nie zdążył nawet zniszczyć archiw. Wśród tysięcy zachowanych dokumentów uczestnicy Powstania Listopadowego odnaleźli stosy raportów i donosów, a także pokwitowań za wypłacone konfidentom honoraria.

Podejrzenia, że wśród Polaków roiło się od donosicieli, okazywały się prawdą. Władza wiedziała o niemal wszystkich patriotycznych stowarzyszeniach. Wręcz zakładali je czasami płatni prowokatorzy.

Nic dziwnego, że gdy prawda zaczęła wychodzić na jaw, zażądano rozliczenia zdrajców. Pod naciskiem opinii publicznej, dla przeprowadzania powszechnej lustracji, 5 grudnia 1830 r. Rząd Tymczasowy utworzył Komitet Rozpoznawczy do przejrzenia papierów policji tajnej.

Warszawa pełna agentów

Donosiciele oraz sekretne policje były kluczowymi narzędziami sprawowania władzy w Rosji. Moskiewskie porządki zaczęto przeszczepiać w Warszawie po kongresie wiedeńskim, gdy pod berłem cara Aleksandra powstało Królestwo Polskie. Nadana konstytucja gwarantowała mu szeroką autonomię, lecz w praktyce szczytne deklaracje nijak miały się do rzeczywistości. W Warszawie rezydował brat cara Wielki Książę Konstanty pełniący funkcję dowódcy polskiej armii i nieformalnego namiestnika. Równie ważną personą był komisarz carski przy Radzie Stanu Królestwa Polskiego Nikołaj Nowosilcow.

Obaj Rosjanie doskonale znali arkany sprawowania władzy. Przy kancelarii Wielkiego Księcia powstała Wyższa Tajna Policja, której szefem od 1823 r. był Mateusz Schley. „W trakcie siedmioletniej służby złożył zwierzchnikom 12 tys. sprawozdań pisanych po rosyjsku pięknym kaligraficznym pismem. Dotyczyły one głównie życia wyższych warstw społeczeństwa polskiego, a także spraw galicyjskich” – pisze Małgorzata Karpińska w rozprawie „Policje tajne w Królestwie Kongresowym”. Jednak Konstanty nie do końca mu ufał, bo równolegle utworzył drugi tajny wydział policji zarządzany przez Henryka Makrotta, nazywanego przez współczesnych „arcyszpiegiem”. Już jego ojciec donosił Rosjanom po upadku powstania kościuszkowskiego, a Makrott kontynuował rodzinną tradycję. Jako student medycyny na Uniwersytecie Warszawskim z takim zaangażowaniem wydawał kolejnych kolegów w ręce Schleya, aż ten przyjął go do tajnych służb. Wychowując sobie przy okazji groźnego konkurenta.

Istniejąca od 1816 r. policja wojskowa, dowodzona przez gen. Aleksandra Rożnieckiego, prowadziła nie tylko działalność szpiegowską w Austrii i Prusach, lecz także utrzymywała agenturę w armii Królestwa oraz w stolicy. Konkurował z nią od 1822 r. wydział barona Sassa. Oficjalnie podwładni barona szpiegowali dyplomatów oraz kraje ościenne. Jednak cesarz Aleksander zlecił mu przy okazji inwigilowanie Konstantego. Wielkiego Księcia obserwowali również ludzie Nowosilcowa. W tym galimatiasie funkcjonowali jeszcze donosiciele pracujący dla Sztabu Głównego, któremu szefował gen. Tomasz Siemiątkowski. Słane przez niego raporty car Mikołaj I ocenił tak wysoko, że w maju 1829 r. osobiście udekorował go Orderem św. Stanisława I klasy. Mania szpiegowania, jaka ogarnęła wówczas Warszawę, sprawiła, iż nawet jej władze postanowiły zafundować sobie własną agenturę. Komórka wywiadowcza powstała przy policji municypalnej. Jej pracą zawiadywał wiceprezydent stolicy Mateusz Lubowidzki.


Pozostało jeszcze 83% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Więcej na ten temat

Reklama


Reklama

Komentarze (1)

  • Pan Murzyński - Filipiński(2017-11-24 23:08) Zgłoś naruszenie 30

    Arystokraci nie chcieli wieszać się na wzajem, bo w I RP szlachta miała odmienne obowiązki, prawa i kary niż pozostałe klasy społeczne. Szlachcica nie można było np. powiesić, ta kara była "niehonorowa" i zastrzeżona dla gminu. Efekt był mniej więcej tak jak obecnie w przypadku polityków, wszystko kończyło się na gadaniu i "moralnym potępieniu". Ludność stolicy mimo to stanęła na wysokości zadania. Z powodu jej nacisku na szubienicy skończyły 34 wybitnie "zasłużone szlachetne" osoby. Pozostali niestety zdołali zbiec za granicę, zaocznie zawisły ich portrety. Jak widać wtedy gdy niesprawiedliwość przekroczy pewien poziom, potrafimy rozliczać, wbrew źle rozumianej solidarności klasowej, czy zawodowej.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie

Reklama