PAP: "Zgoda" jest kolejnym filmem w odstępie kilkunastu miesięcy, którego akcja dzieje się na Śląsku - by przypomnieć chociażby "Jestem mordercą" Macieja Pieprzycy, "Szczęście świata" Michała Rosy czy "Gwiazdy" Jana Kidawy-Błońskiego. Czy to pana zdaniem jakiś nowy trend?

Maciej Sobieszczański: Śląsk na pewno jest tyglem kulturowym, szczególnym z powodu swojej odrębnej historii. Kazimierz Kutz dawno temu zrobił swoją trylogię, ale polska kinematografia na wiele lat zapomniała o tym miejscu, przez co Ślązacy długo nie mieli swojego głosu. Myślę, że powstanie czterech filmów o Śląsku w niedługim czasie trochę wynika z tego, że też za sprawą polityki szukamy swojej tożsamości narodowej albo próbujemy ją dookreślić.

Właśnie w Śląsku nasza tożsamość narodowa odbija się najbardziej, bo w tym miejscu polskość się w jakimś sensie zaczyna i kończy, gdzieś się zapętla przez to szczególne pomieszanie. To dobry materiał, żeby opowiadać w sposób nieprosty, nie czarno-biały, kim jesteśmy i czego potrzebujemy. Może stąd ten zwrot? Sam jednak nie zastanawiałem się, czy idę z duchem czasu. Myślałem po prostu o tej historii.

Zgoda. Zwiastun

PAP: Ale coś interesującego w tym regionie pan znalazł.

Maciej Sobieszczański: Tak, właśnie to zderzenie i współistnienie kultur, które często było trudne. Niemcy, Polacy, niemieccy Ślązacy, polscy Ślązacy i po prostu Ślązacy ze sobą współpracowali, żyli razem. Kiedy pokazywałem film w Montrealu i próbowałem tłumaczyć ten kontekst, to skończyłem na określeniu "niemieccy Ślązacy". Nie byłem w stanie wyjaśnić, jak to możliwe, że gdzieś funkcjonuje taki kocioł. W naszej rzeczywistości, w dość jednolitym społeczeństwie, Śląsk jest wobec tego szczególny. "Zgoda" to opowieść o trzech stronach tej rzeczywistości; trojgu młodych ludziach, którzy reprezentują trzy strony tego świata.

PAP: Grany przez Jakuba Gierszała Erwin podaje się za niemieckiego dezertera, ale nie mówi po śląsku. Anna, czyli Zofia Wichłacz, jest więźniarką obozu. Kolejny z bohaterów, Franek, by ją chronić wstępuje do Ludowego Wojska Polskiego. Na drugim planie pojawia się m.in. Żyd, który chce się mścić na Niemcach - zresztą podobnie jak Rosjanie. Kim właściwie są bohaterowie tego filmu?

Maciej Sobieszczański: To plejada postaci typowa dla tego miejsca w tamtym momencie - po zakończeniu drugiej wojny światowej. Bohaterowie filmu bazują na historycznych pierwowzorach, są zbudowani na podobieństwo realnych osób.

Do pewnego stopnia podstawą postaci Erwina jest niemieckojęzyczny Gerhard Gruschka, który trafił do obozu jako czternastolatek. Nigdy nie dowiedział się dlaczego znalazł się w obozie, aby z niego wyjść, miał podpisać zobowiązanie, że zrzeka się niemieckiego obywatelstwa i przyjmuje polskie. Nie był w stanie tego zrobić, więc powędrował do obozu w Jaworznie i dalej. Dopiero później pozwolono mu wyjechać do Niemiec.

Komendant obozu to Salomon Morel - rzeczywista i dość ponura, ścigana przez polskie prawo postać. Morel do 1968 roku pełnił wysokie funkcje kierownicze w polskim więziennictwie, za co później pobierał wysoką emeryturę. Polska wysłała za nim list gończy, ale Izrael odmówił jego ekstradycji uważając, że to antysemicka nagonka na ich obywatela, który był wojennym bohaterem, a nie powojennym zbrodniarzem.

Anna jest złożona z kilku postaci, m.in. z młodej kobiety, która trafiła do obozu ze swoją matką, która po tygodniu zmarła z powodu wycieńczenia. Całkowicie nowy jest z kolei Franek - został wymyślony, nie znamy historii nikogo takiego jak on. To najważniejsza postać tego filmu, od niego zaczęło się konstruowanie tej opowieści - od momentu, w którym wyrusza w podróż, by uratować dziewczynę.

Nie chciałem, żeby to był film historyczny. Chciałem jak najbardziej zuniwersalizować tę opowieść, ale wiedziałem, że musi być wiarygodnie rozrysowana. Dlatego zrezygnowałem z rzeczy, które mogłyby brzmieć fałszywie. Dlatego zastanawiałem się, czy Franek ma mówić po śląsku. Julian Świeżewski brał lekcje języka, natomiast to, jak mówił, dla nas obu brzmiało niewiarygodnie. Inaczej było w wypadku Jakuba Gierszała, który wychował się w Niemczech. Dlatego przełożenie, że on gra Niemca, a jest Polakiem, jest w pełni wiarygodne. U Julka słychać było, że zaczynamy udawać. W filmie wystąpili za to śląscy aktorzy.

PAP: Jaki był wobec tego punkt wyjścia do tej historii, inspiracje do jej stworzenia? Czy to była kwestia bohatera, obozu, samej rzeczywistości historycznej?

Maciej Sobieszczański: Scenarzystka filmu Małgorzata Sobieszczańska przeprowadzała wywiady z byłymi więźniami obozu Zgoda. Pokazała mi nagranie, na którym starszy pan podszedł do kamery i po prostu się rozpłakał. Strasznie to mną wstrząsnęło. Pomyślałem sobie, że ktoś musi zrobić o tym film, że on musi powstać, bo tym ludziom zabrano ich historię, pamięć o tej historii i co za tym idzie, godność. Nie myślałem o sobie jako reżyserze, sam początkowo nie chciałem niczego kręcić. Później przepuściłem te historie przez własną emocjonalność i własne potrzeby. To nie była moja indywidualna opowieść, ale znalazłem w niej wiele rzeczy, które są moje. Świat i wrażliwość przedstawionych postaci pokazuje, w jaki sposób ja poruszam się w rzeczywistości.

Jestem pół pokolenia starszy, niż większość tegorocznych debiutantów z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uczyłem się od starych mistrzów, według mnie filmy robi się dla społeczeństwa. Mam głębokie przekonanie, że one nie są dla nas samych, a dla widzów - jednak nie po to, by ich bawić. Mamy mieć jakiś rodzaj wiadomości dla widza. Andrzej Wajda mówił, że robi filmy, bo się czegoś dowiedział o świecie i chce to opowiedzieć innym. Myślę, że to nasza rola jako reżyserów i że nie można o niej zapominać.

PAP: Mówienie o reżyserskiej misji to nieczęsty głos wśród filmowców.

Maciej Sobieszczański: Debiutowałem kilka lat temu "Performerem", którego zrobiłem z Łukaszem Rondudą. To był bardzo artystowski projekt, eksperymentalny, środowiskowy. Był dla mnie wygodny jako reżysera, ponieważ bezkarnie mogłem popełniać przy nim błędy i wszystkie zrzucić na karb dezynwoltury projektu. Wtedy poczułem twórczą moc i możliwość, że mogę panować nad materią, że ona jest mi posłuszna.

"Zgoda" w porównaniu z tym jest ciężkim, wymagającym filmem. Nie odważyłbym się na niego w wieku lat trzydziestu. Ta historia, która wymagała ode mnie schodzenia do piekła na co dzień, nie tylko na planie, ale też gdy myślałem o tamtej rzeczywistości. Dziś wiem, że drugi raz nie podjąłbym się tego zadania. Mając wiedzę na temat emocjonalnych kosztów tego przedsięwzięcia, raczej bym do niego nie podszedł.

Myślę, że do takich filmów, do takich tematów trzeba dojrzeć. W Gdyni swoje filmy pokazywało ośmioro debiutantów. Ich pierwsze filmy są zrobione z młodzieńczej energii twórczej. To jest super energia, nie chcę tego deprecjonować, ale mają jeszcze czas na to, żeby mieć głębszą refleksję na temat świata, na temat rzeczywistości. Na razie mają entuzjazm, z którym opisują i rozumieją świat. Ja mam to za sobą, na tym polega różnica spojrzeń między trzydziesto a czterdziestodziewięcioletnimi debiutantami.

PAP: Opisałby pan "Zgodę" jako opowieść miłosną w cieniu wielkiej, dziejowej historii?

Maciej Sobieszczański: Gdybym musiał jakoś określić ten film, mój antywojenny manifest, to nazwałbym go prędzej antywojennym dramatem. Nie interesują mnie wielkie historyczne spory. Być może część widzów będzie zagubiona, bo będzie próbowała tłumaczyć sobie, kto jest w "Zgodzie" zły, a kto dobry. Widz może oczekiwać, że dostanie pakiet informacji, który go postawi jasno w rzeczywistości. Tego nie chciałem robić w tym filmie - zmuszać widzów do odnajdywania się po raz kolejny na nowo wobec historii, wobec przedstawionego sporu. Intymność tego zdarzenia i spotkanie bohaterów miało być niezwykle kameralne. Moja perspektywa jest bliższa książce "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz. U niej wielka historia nie istnieje, jest tylko kobieta i jej małe, prywatne, intymne przeżycia. Taki zwrot był dla mnie kluczowy, dlatego tak długo pracowałem nad tym projektem. Trudno było mi przekonać producentów, że da się opowiadać w ten sposób. Wszyscy myśleli stereotypowo i chcieli zrobić typowy film o obozach: z wielką dekoracją i tłumami statystów.

PAP: Przykładem takiego intymnego filmu był nagrodzony Oscarem "Syn Szawła" Laszlo Nemesa.

Maciej Sobieszczański: Tak, ale zobaczyliśmy go dopiero dwa tygodnie przed zdjęciami, jak już wszyscy zdążyliśmy uwierzyć, że zrobienie "Zgody" jest możliwe. Te filmy są porównywane i myślę, że oba sięgają z jednego miejsca oraz zostały podobnie zrealizowane - na bazie koncepcji, że jesteśmy przy bohaterach i oglądamy świat ich oczami.

Tak naprawdę pierwowzorem "Zgody" było "Idź i patrz" Elema Klimowa, które zobaczyłem jeszcze jako dziecko i do którego wielokrotnie wracałem. O tym doświadczeniu, najbardziej szokującym w moim filmowym nastoletnim życiu, myślałem budując okropieństwo wojny. Klimow jako pierwszy spojrzał na wojnę oczami dziecka, i to spojrzenie - naiwne, intymne, bliskie - na jakiś czas wyznaczyło kierunek, który potem został zaburzony przez wielkie widowiska.

Takie widowisko nie pasowało mi do "Zgody". Bardzo dużo ludzi, którzy czytali scenariusz filmu, pytało, po co on powstaje, skoro takie filmy już były i nie ma tam nic, czego byśmy nie widzieli. To nieprawda, "Zgoda" poza nową wizualnością proponuje coś innego: odwrócenie ról i ujęcie, nietypowe dla polskiej kultury, że w odpowiednich warunkach również i my Polacy możemy odegrać rolę oprawcy, to jest niezależne od narodowości.

PAP: Co bardzo wielu z pewnością się nie spodoba.

Maciej Sobieszczański: Może tak być, ale nie powinno. Poruszamy się w ramach romantycznego wzorca, w którym Polska jest Chrystusem Narodów. Rola ofiary jest w nas mocno wpisana kulturowo, ale to nie jest prawda o naszym narodzie. Chodziło mi o złamanie wzorca i spojrzenie na nas krytycznie. Myśmy zdobyli Moskwę. Nie jesteśmy tylko ofiarami; potrafimy też oddać cios, zawalczyć. W specjalnych okolicznościach, a o nich opowiada "Zgoda", potrafimy być nawet brutalni.

PAP: Myśli pan, że udało się w "Zgodzie" pokazać skomplikowanie świata po końcu wojny?

Maciej Sobieszczański: Trudno to sobie w pełni wyobrazić, jak żyli ludzie w 1945 roku; upokorzony przez niemiecką butę cały polski naród. Niezwykle silna, o czym pisze Marcin Zaremba w "Wielkiej trwodze", była wtedy w Polakach chęć odwetu. Absolutnie się temu nie dziwię. Przez wiele lat byliśmy podludźmi, można nas było bezkarnie zabijać na ulicy. Aż nastał moment, kiedy mogliśmy oddać cios. Odwetowe nastroje w wielkiej intensywności trwały około dziesięciu miesięcy, i szybko zostało zduszone. Komuniści przestraszyli się tej siły i energii, które lada chwila mogły się wymknąć pod kontroli.

Skomplikowanie powojennej historii świata widać w książce "1945. Wojna i pokój" Magdaleny Grzebałkowskiej. Tego samego nie da się zamknąć w filmie, w 83 minutach. Ja w "Zgodzie" pokazałem wycinek, za którym kryje się cały świat, który musimy sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że ten pryzmat, który ustawiłem, oddaje prawdę o skomplikowanej rzeczywistości, w której funkcjonowali wtedy Polacy.

Światowa premiera "Zgody" odbyła się na 41. Montreal Film Festivalu, gdzie Maciej Sobieszczański otrzymał nagrodę dla najlepszego reżysera. Polska premiera filmu odbyła się w Konkursie Głównym 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, skąd z nagrodą wróciła kostiumografka Agata Culak.