Dla niejednego słuchacza lektura zestawienia OLiS (lista najchętniej kupowanych płyt przygotowywana przez ZPAV – Związek Producentów Audio-Video) może być zaskakująca. Zarówno raporty cotygodniowe, jak i te ukazujące nasz rynek w ujęciu rocznym pełne są nazwisk, które przeciętnemu odbiorcy są nieznane. Oczywiście, pojawiają się również artyści popularni i lubiani. W podsumowaniu 2016 r. znalazły się m.in. Agnieszka Chylińska, Ania Dąbrowska, a także grupa Kult. Część osób rozpozna może jeszcze zwycięzcę zestawienia – łódzki raper O.S.T.R. sprzedał do tej pory 100 tys. płyt, nagrywa od 16 lat i można go czasami usłyszeć w radiowej Trójce. Ale między nimi znajdują się nazwiska i pseudonimy, które dla przeciętnego odbiorcy są tajemnicą.

Na przykład KęKę, który dla komercyjnych stacji radiowych jest muzykiem wyklętym. Radomski raper zajął szóste miejsce w zestawieniu najlepiej sprzedających się płyt ubiegłego roku i jest jednym z hiphopowców, których znają młodzi, a media pomijają. Jednak to właśnie on oraz Paluch, Kali, Małpa, Pro8l3m, Białas, Dudek P56 i Sitek sprzedają więcej albumów niż artyści wypełniający czas antenowy komercyjnych rozgłośni radiowych. Raperzy okupują szczyty OLiS przez niemal połowę roku. Często debiutują od razu na pierwszym miejscu – tak jak w tym roku zrobili to Guzior z płytą „Evil Town”, Bedoes z „Aby śmierć miała znaczenie”, Hades ze „Światłem”, Dwa Sławy z „Dandys Flow”. Żadnego z nich nie promują ogólnopolskie rozgłośnie radiowe.

KęKę - Nic już nie muszę prod. Kubi Producent

Podobnie sytuacja wygląda w wypadku alternatywnych zespołów rockowych i popowych. Wysoko w zestawieniach OLiS plasował się kabaretowo-metalowy zespół Nocny Kochanek, którego nagrania prezentowane są niemal wyłącznie w audycjach tematycznych. Na pierwszym miejscu odnalazł się też Happysad. Ten ostatni zespół jest przypadkiem szczególnym, bo gra ich nawet RMF FM (najpopularniejsza rozgłośnia w Polsce), ale za to prezentuje piosenkę „Zanim pójdę” z 2004 r., nie sięgając po nagrane później lepsze numery. Jeszcze inaczej jest z Kortezem, który z płytą „Bumerang” znalazł się na dziewiątym miejscu w podsumowaniu 2016 r. Artysta dostał Fryderyka za debiut roku, był na szczycie listy radiowej Trójki. Jednak poza tą stacją był właściwie nieobecny – z niewiadomych powodów największe rozgłośnie bały się nastrojowych, momentami romantycznych ballad. Ale nawet bez wzmożonej radiowej promocji Kortez sprzedał ponad 30 tys. płyt.

Żeby było miło

Radio kierowane do masowej publiczności nie ma służyć popularyzacji nowej, ambitnej muzyki – twierdzi redaktor naczelny „Gazety Magnetofonowej” Jarek Szubrycht. – Ma poprawiać ludziom samopoczucie, a przynajmniej go nie psuć. A poszukiwania dźwiękowych przygód wiążą się z dyskomfortem, z emocjami głębokimi, ale nie zawsze przyjemnymi. Większość z nas tymczasem woli poruszać się po bezpiecznym gruncie, najchętniej wśród piosenek już znanych, takich, które wywołują pozytywne skojarzenia. Nie musimy nawet wiedzieć, co właśnie gra, ważne, by nie przyszło nam do głowy zmienić stacji. Płyta to już coś innego. Wymaga pewnej wiedzy, zaangażowania, czasu, uwagi... Ludzi, dla których muzyka jest na tyle ważna, by tak wiele jej poświęcić, jest znacznie mniej od tych, którzy stoją w korku i chcą sobie jakoś umilić ten czas – podsumowuje.

Nie do końca zgadza się z takim podejściem Damian Ekman, który przez lata promował zespoły wydające w wytwórni Fonografika, a obecnie jest menedżerem zespołów Ted Nemeth oraz Besides. – W radiu, które ma ogromny wpływ na gusta Polaków, brakuje audycji autorskich. Coraz bardziej rządzi playlista układana przez dyrektora muzycznego lub badania, do których utwory również wybiera dyrektor muzyczny. Do tego dochodzą reklamodawcy. Radio, chcąc zapewnić sobie dochód, musi grać w tej samej drużynie co reklamodawca, bo wysoka słuchalność zapewnia lepsze kontrakty reklamowe, a to w większości stacji uniemożliwia przebicie się debiutantom – mówi. Zauważa przy tym szerszy problem pokazujący kondycję mediów muzycznych i dziennikarstwa muzycznego: – Mamy w Polsce dwie skrajności: media albo pokazujące muzykę w sposób komercyjny, rozrywkowy, jak większość ogólnopolskich rozgłośni radiowych, albo miejsca, w których o muzyce pisze się zbyt górnolotnie. No i mamy jeszcze blogi, prowadzone w większości przez pasjonatów, a nie dziennikarzy muzycznych. Brakuje czegoś pośrodku.

Radio kierowane do masowej publiczności nie ma służyć popularyzacji nowej, ambitnej muzyki. Ma poprawiać ludziom samopoczucie. Nie musimy nawet wiedzieć, co właśnie gra, ważne, by nie przyszło nam do głowy zmienić stacji

Artyści, którzy nie docierają do mediów, zdobywają szczyty zestawień sprzedaży, organizując samodzielnie lub przez zaprzyjaźnioną (zazwyczaj małą) wytwórnię dosłownie wszystko: od sprzedaży poprzez dystrybucję, produkcję teledysków po promocję. Posiadają gigantyczną bazę fanów zrzeszonych wokół profili twórców w mediach społecznościowych, a to, zdaniem wielu obserwatorów, można traktować jako główne źródło ich sukcesu. O.S.T.R. ma 808 tys. fanów na Facebooku (dwa razy więcej niż wszystkie obecne w parlamencie partie polityczne razem wzięte), Małpa – 270 tys., KęKę – niespełna 230 tys., Guzior – 58 tys. Dzięki Facebookowi i innym serwisom można dotrzeć do licznego grona wyznawców z całkowitym pominięciem tradycyjnych mediów. Bez wyśmiewanych w środowisku występów w telewizjach śniadaniowych i udziału w programach typu reality show. Kiedy trzeba sprzedać płytę albo pokazać nowy teledysk, wystarczy kilka odpowiednich wpisów.

Zrób to sam

Oczywiście nawet niezależni artyści muszą być gotowi na długi i staranny proces promocyjny. Bez tego nie będzie pierwszego miejsca na OLiS. Nowa płyta zapowiadana jest na długo przed premierą, a jej wydanie poprzedza wypuszczenie dwóch lub trzech singli. Album można zamówić w przedsprzedaży, czasami nawet na dwa miesiące, zanim płyta trafi do tradycyjnych lub internetowych sklepów. To sprytne posunięcie – płyta opłacona jest z góry, co pozwala na błyskawiczne pokrycie kosztów produkcji, a także oszacowanie zainteresowania. Nie ma więc bolesnego procesu zwrotów, nie ma osławionego 150-dniowego terminu płatności faktur, na który narzekają wydawcy współpracujący z wielkimi sieciami sklepów. Płycie zamówionej w przedsprzedaży często towarzyszą akcje promocyjne. Muzycy grupy Happysad pokazywali w internecie żmudny proces składania autografów na każdym zakupionym przed premierą egzemplarzu (łącznie każdy z sześciu muzyków musiał podpisać się na płytach ponad 3600 razy), do niektórych dołączane były bilety lub T-shirty.

Płyty w paczki i koperty pakują często sami przedstawiciele wytwórni. Zdarza się, że – gdy artysta sam wydaje swoją płytę – do pracy zatrudnia całą rodzinę, a mieszkanie zamienia się wtedy w manufakturę: jedna osoba pakuje do kopert, druga nakleja znaczki, trzecia adresuje. Kiedy KęKę pokazał w internecie, że pomagały mu nawet dzieci, internauci żartowali, że wyzyskuje małoletnich.

Hasło „zrób to sam” (DIY, Do It Yourself) pojawia się na rynku muzycznym coraz powszechniej. Powstaje więcej oficyn wydawniczych zakładanych przez artystów. Często mają one na koncie jedną lub dwie pozycje, a repertuar jest przeolbrzymi: od muzyki ludowej przez elektronikę, jazz i muzykę gitarową po albumy z muzyką chóralną i dawną. Nie ma tygodnia, by ktoś nie próbował pozyskać środków na wydanie albumu dzięki platformie crowdfundingowej, czyli publicznej zbiórce pieniędzy. Środków na debiut szukają w tej chwili muzycy legnickiego Cynamonowego Ogrodu, potrzebują na wydanie płyty 5 tys. zł – o zespole nikt szerzej nie słyszał, ale nabywców, którzy zapłacą z góry za album, nie brakuje. Grupa ma już niemal cały budżet zebrany. Z takiego sposobu poszukiwania finansów korzystają nie tylko debiutanci. – Zdecydowałem się na zbiórkę pieniędzy, bo chcę, by moja czwarta płyta brzmiała światowo – mówi Janek Samołyk, muzyk obecny na scenie od kilkunastu lat. – By móc nagrać w dobrym stylu instrumenty dęte i smyczkowe, potrzebuję zebrać odpowiedni budżet – tłumaczy.

Ta sytuacja nie dotyczy wyłącznie muzyków, lecz także niezależnych mediów. „Gazeta Magnetofonowa” zaczęła działalność dzięki udanemu crowdfundingowi. Na niszowe zapotrzebowanie odpowiedział też awangardowy, poświęcony ostrzejszej muzyce „Noise Magazine”. Redaktorzy obu pism, gdy tylko dostaną świeżo wydrukowane egzemplarze, robią to samo, co wydawcy z małych wytwórni płytowych – na długie godziny zasiadają do kopert, znaczków i list prenumeratorów.

Pełne stadiony i puste sale

Większość płyt już w dniu premiery dostępna jest legalnie w internecie, np. poprzez serwisy streamingowe typu Tidal czy Spotify, w których abonament miesięczny za słuchanie wszystkich, dowolnie wybranych płyt kosztuje 19,90 zł lub jest finansowany w promocji przez operatora telefonii komórkowej. Mimo tego albumy kupuje od kilku do kilkudziesięciu tysięcy osób. To kolejny fenomen rynku niezależnego: fani nie ukrywają, że w czasach, w których utwory odtwarzają z internetu, płyty kupują tylko po to, by okazać twórcy szacunek lub wesprzeć kogoś, kogo lubią. O szacunku do idola najczęściej mówi się w przypadku graczy obecnych na rynku od lat, m.in. weteranów sceny metalowej, jak Behemoth czy Vader, lub hiphopowej, jak O.S.T.R., Ten Typ Mes, Sokół, Wienio czy powracający po długiej przerwie Kaliber 44.

Znacznie trudniej mają artyści początkujący – ci, nawet posiadający kilkadziesiąt tysięcy fanów, muszą utrzymywać się z innych, często niezwiązanych z muzyką zajęć. KęKę to były radomski listonosz, Krzysztof Sokołowski, wokalista Nocnego Kochanka, to nauczyciel języka angielskiego w Gimnazjum nr 48 na warszawskiej Woli. By trafić do fanów, trzeba bardzo długo walczyć, grać setki koncertów za bardzo niskie stawki, sprawiać, by nazwa zostawała w głowie miłośników. A gdy spojrzymy na rynek koncertowy, znów okazuje się, że ci, o których pozornie nic nie słychać, są bardziej aktywni niż spora część artystów obecnych na radiowych playlistach. Chociaż i jedni, i drudzy znajdą tu swój kawałek tortu.

Polski rynek koncertowy można bowiem podzielić na dwie części. Jedną są imprezy plenerowe, organizowane za pieniądze sponsorów oraz fundusze z magistratów i urzędów gmin. Na darmowe spędy przychodzą często przypadkowe osoby, dlatego sponsorzy często życzą sobie, by grali na nich artyści znani i lubiani. O tym, kto zagra na danej imprezie, często decyduje to, czy miejscowy kacyk zna danego wykonawcę i potrafi zaśpiewać choćby jeden z refrenów jego piosenek. A tego bez obecności w grającym non stop radiu lub ulubionej telewizji śniadaniowej osiągnąć się nie da.

Prawdziwą próbą popularności dla polskich artystów jest zatem granie koncertów biletowanych. Są wykonawcy, którzy w trasy koncertowe ruszają co roku i bez problemu wypełniają największe kluby. To z jednej strony znani od lat T.Love, Lady Pank, Bajm czy Happysad, z drugiej – artyści o uznanym statusie w drugim obiegu, głównie najważniejsi przedstawiciele sceny hiphopowej. W ostatnich latach dołączyli do nich artyści środka: Dawid Podsiadło bez problemu wypełnił niedawno warszawską halę Torwar, zaś popularność występów Korteza była tak ogromna, że w niektórych miastach organizowano drugi koncert tego samego dnia, by sprostać gigantycznemu zainteresowaniu.

Dla młodych twórców poligonem doświadczalnym są wizyty w małych klubach. – Granie na żywo jest najważniejsze. Na koncertach poznaje się zespół i to dlatego one powinny być jego wizytówką – mówi Patryk Pietrzak z rockowej grupy Ted Nemeth. – Ale tutaj właśnie pojawia się nieoczywistość, bo czy można powiedzieć, że zespół toruje sobie drogę do kariery, grając świetne koncerty w pustych salach i wracając z nich, w najlepszym przypadku, z pustymi kieszeniami? Okazuje się, że można, jeżeli jest to częścią planu. Jeżeli każdy z członków zespołu ma świadomość, że przechodzi kolejny etap, który ma zaprowadzić ich wyżej – mówi artysta. I choć jego zespół ma na koncie debiutancki album wydany dla S.P. Records oraz wspólną trasę u boku Happysad, wciąż lubi występować w małych salach. A te coraz chętniej zapraszają do siebie debiutantów.

Przez lata właściciele lokali bali się ryzykować, twierdząc, że na nieznane z mediów twarze nikt nie będzie chciał przyjść. Jednak mechanizm, który zmusił ludzi do poszukiwania poza głównymi środkami przekazu, zadziałał i tu, a pluralizm gatunkowy, jaki widzimy, może zaskoczyć niemal wszystkich. Serwis Koncertomania.pl podaje, że w samej tylko Warszawie na najbliższe 12 miesięcy zostało zaplanowanych ponad 2400 imprez muzycznych. W stolicy zdarzają się weekendy, podczas których można doliczyć się 200 koncertów.

Nowe pokolenie

Wszystko wskazuje, że za chwilę możemy mieć wreszcie zmianę warty. Ale trudno ją prognozować: polski hip-hop to zjawisko znane od 20 lat, ale dopiero dziś zdominował scenę niezależną. Jarek Szubrycht wątpi jednak, czy dojdzie do gwałtownych przetasowań na rynku muzycznym. – Był czas hegemonii MTV, kiedy nie tylko nowy artysta, ale wręcz nowa estetyka, nowy gatunek muzyczny mogły po jednej, dwóch emisjach zyskać globalną popularność – opowiada naczelny „Gazety Magnetofonowej”. – Internet to wieczne wczoraj, łatwo znaleźć w nim piosenkę, która towarzyszyła pierwszym przytulankom na licealnych dyskotekach, ścieżkę dźwiękową do najlepszych wakacji życia i utwór, który był hitem, kiedy wychodziliśmy z wojska. Po co więc szukać nowości, skoro te wszystkie intensywne emocje są na wyciągnięcie ręki? Cała kultura popularna odpowiada na rozbudzone w ten sposób zapotrzebowania, dlatego w kinie czy telewizji znacznie więcej mamy dziś rebootów i remake’ów niż oryginalnych pomysłów. To nie dotyczy tylko naszego kraju, to zjawisko globalne, choć może u nas, w branży muzycznej, bardziej wyraźne, bo silniejsza od głodu nowości była zawsze potrzeba nadrabiania zaległości. Ale to już nie tyle kwestia narodowego gustu, ile skutek uwarunkowań geopolitycznych – opowiada.

Łukasz Orbitowski wspiera "Gazetę Magnetofonową"

Wydaje się jednak, że zmiany muszą nastąpić, bo dorastające pokolenie, które wprowadziło do sprzedażowych zestawień nikomu wcześniej nieznanych twórców, wreszcie doszło do głosu. I organizuje rzeczywistość po swojemu. – Wydając dwa lata temu płytę, wyobrażałam sobie, że polski świat muzyczny jest podzielony na komercyjny, mainstreamowy oraz niezależny, alternatywny – mówi Natalia Nykiel, autorka jednego z najciekawszych i najcieplej przyjętych debiutów ostatnich lat. – I że one są oddzielone grubą linią: jak jest się w jednym, to się nie da być w drugim, a jak się linię pomiędzy nimi przekroczy, nie można powrócić. Kiedyś miałam w głowie to, że jeśli wystąpisz na Open’erze, to automatycznie dla radia jesteś offowy. Wydaje mi się jednak, że nasz rynek o tyle się zmienia, że można sobie pozwolić na więcej. Świadomie w swoich działaniach podejmuję ryzyko – przyjmuję zaproszenia na komercyjne imprezy, jak Polsat SuperHit Festival, ale nie idę na kompromisy i występuję tam z własnym repertuarem, w taki sposób, jaki mi odpowiada.

Natalia Nykiel sprawiła, że elektropop stał się zjawiskiem znajomym większości Polaków. Nie poszła jednak za tym taka zmiana gustów, jaka np. w latach 90. towarzyszyła pojawieniu się zespołu Hey. Czy takie zmiany dziś są w ogóle możliwe? I kto miałby ich dokonać? Na razie polska scena muzyczna przypomina krajobraz przed erupcją wulkanu. Na pierwszy rzut oka nie widać wskazówek, że może dojść do wielkiego wybuchu. Ale tuż pod powierzchnią wrze. 

Natalia Nykiel - Badz Duzy