statystyki

Rzecz o sztuce protestu. "Listy do młodego kontestatora" [RECENZJA]

autor: Piotr Kofta08.04.2017, 14:50; Aktualizacja: 08.04.2017, 15:03
„Listy do młodego kontestatora” podważają wiele stereotypów na temat debaty publicznej, stereotypów, w których rzekomą prawdziwość wierzy się również w Polsce – a obecne kłopoty są w jakiejś mierze pokłosiem owej wiary. Weźmy choćby z gruntu obłudne przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje”; wedle Hitchensa jest całkiem odwrotnie.

„Listy do młodego kontestatora” podważają wiele stereotypów na temat debaty publicznej, stereotypów, w których rzekomą prawdziwość wierzy się również w Polsce – a obecne kłopoty są w jakiejś mierze pokłosiem owej wiary. Weźmy choćby z gruntu obłudne przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje”; wedle Hitchensa jest całkiem odwrotnie.źródło: PAP/EPA

KSIĄŻKI | Ta książka ma szansę trafić w Polsce na podatny grunt. Jest to bowiem rzecz o sztuce protestu. Przypuszczam, że wielu ludzi z narastającym zdumieniem obserwuje rozwój wydarzeń w naszym kraju – osobliwy festiwal politycznej arogancji połączonej z groteskowym nieudacznictwem – i sama obserwacja z wolna przestaje im wystarczać. „Listy do młodego kontestatora” nie są jednak ani instrukcją zwoływania grup sprzeciwu, ani podręcznikiem zarządzania masowym buntem – wręcz przeciwnie, jest to esej o tym, w jaki sposób można nie zgadzać się indywidualnie i na własny rachunek. Christopher Hitchens wiedział, o czym pisze, ponieważ publiczne wyrażanie niezgody uczynił w pewnym sensie swoim zawodem: był jednym z najzacieklejszych i najzłośliwszych polemistów, jakich wydała anglosaska publicystyka w ciągu ostatnich paru dekad.

Reklama


Jest dziś w modzie, by dyskredytować nieprzychylne opinie, zaglądając w biografię osoby, która je wypowiada. Hitchens wydaje się łatwym celem takiej praktyki: w młodości flirtował ze skrajną lewicą, uważał się za marksistę, był ostrym krytykiem religii (zaliczanym, obok Richarda Dawkinsa, Daniela Dennetta i Sama Harrisa do tzw. Czterech Jeźdźców Nowego Ateizmu), osobliwie nie cierpiał Matki Teresy z Kalkuty, którą uważał za oszustkę i hipokrytkę (poświęcił jej postaci nader cierpką książkę „Pozycja misjonarska. Matka Teresa w teorii i praktyce”). To wszelako byłoby zbyt proste podsumowanie, bo Hitchens pozostawał wierny swoim poglądom, nawet gdy okazywały się niepopularne – Bill Clinton wzbudzał w nim znacznie większą antypatię niż George W. Bush, poparł amerykańską „wojnę z terroryzmem” w Iraku, potrafił też przyznać, co znajdziemy w „Listach...”, że to wcale nie lewica, lecz libertariańska prawica wywalczyła u administracji Richarda Nixona rezygnację z powszechnego poboru do armii u schyłku konfliktu wietnamskiego („I tak, gdy ja i inni walczyliśmy na ulicach pod czerwoną flagą i sztandarami Wietkongu, apostołowie wolnego rynku przeforsowywali nasze postulaty w rządowych gabinetach”). Krótko mówiąc, Hitchens nie pasował do łatwych podziałów, czerpiąc z tego – a także z erudycji, poczucia humoru i odrobiny miłości własnej – polemiczną wiarygodność. A na dodatek miał świetne pióro.


Pozostało jeszcze 50% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie

Reklama