„Martwa dolina” holenderskiego pisarza i dziennikarza Franka Westermana rozważa, rzecz jasna, czynniki, które wywołały tragedię, ale autora bardziej interesuje inna kwestia: sposoby, w jakie masowa zagłada w dolinie Nyos została w kolejnych latach utrwalona i przetworzona w zbiorowej pamięci. Westerman to sprawdzona reporterska marka – i specjalista od montowania złożonych społecznych panoram łączących dziejowy konkret z historią idei. Ukazały się u nas dotąd cztery jego książki, w których zajmował się m.in. destruktywnym wpływem komunistycznej utopii na hydrologię Azji Środkowej („Inżynierowie dusz”) albo związkami elitarnej hodowli koni lipicańskich z ideologiczną epidemią rasizmu i eugeniki w pierwszej połowie XX w. („Czysta biała rasa”). Krótko mówiąc, w wypadku Westermana można być pewnym, że raczej nie poprzestanie on na sumiennym zdaniu relacji z wydarzeń.

Tym bardziej że kameruńska katastrofa miała liczne reperkusje, i to w co najmniej paru wymiarach. Po pierwsze w wymiarze naukowym – Westerman pokazuje to od strony fascynującego wyścigu specjalistów o prestiż i palmę pierwszeństwa, przypominając przy okazji charyzmatyczną postać Harouna Tazieffa, francuskiego wulkanologa tatarsko-polskiego pochodzenia.

Po drugie w wymiarze politycznym – były to czasy zimnej wojny i wokół kataklizmu kręciły się rozmaite służby specjalne w poszukiwaniu ewentualnych śladów wskazujących na to, że w dolinie Nyos miał miejsce test tajnej broni masowej zagłady. Ale to nie koniec politycznych rozgrywek: katastrofa zdarzyła się na terenach dawnego Kamerunu Brytyjskiego, zamieszkiwanych przez plemiona mniejszościowe, tymczasem napływająca pomoc humanitarna stała się żyłą złota dla władzy centralnej, w której interesie nie leżała jakakolwiek współpraca z mniejszościami.

Po trzecie Westerman pisze o wymiarze religijnym – jedyną siłą zdolną zorganizować szybkie, realne wsparcie dla poszkodowanych i wysiedlonych z doliny okazali się zachodnioeuropejscy księża misjonarze, katoliccy i protestanccy. Ich zaangażowanie miało jednak także znaczenie ideologiczne; szło nie tylko o pozyskiwanie duszyczek, lecz także o ciągnący się od dawna spór o kulturowe wykorzenianie Afrykanów i niszczenie lokalnej tradycji, struktur rodzinnych, klanowych i plemiennych przez wielkie religie monoteistyczne oraz kolonialne mocarstwa.

W tej plątaninie faktów, zależności i konfliktów holenderski reportażysta dostrzegł pole dla tworzenia się mitów – i to od podstaw, w swego rodzaju warunkach laboratoryjnych. Gdy niemożliwe jest dostarczenie prostych wyjaśnień, które zadowalałyby wszystkich zainteresowanych, pojawia się miejsce dla fantazji, spekulacji, teorii spiskowych i metafizyki. To właśnie stało się w Kamerunie, a Westerman pokazuje, że owa zasada – że mocne teorie spisku lub Bożej interwencji są silniejsze od jakiejkolwiek racjonalnej konstatacji, bo zaspokajają potrzeby nie tylko poznawcze, lecz także emocjonalne i wspólnotowe – ma charakter znacznie ogólniejszy. Innymi słowy, warto patrzeć na świetną „Martwą dolinę” choćby przez pryzmat mitologii zbudowanej w Polsce wokół katastrofy w Smoleńsku.