Siermiński bez kompleksów zamachnął się na symbol. Opisał bowiem tę część polskiej opozycji demokratycznej z czasów PRL, która odwoływała się do ideałów lewicowych. Czyli na grupę skupioną wokół Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, autorów słynnego „Listu otwartego do partii”. A potem wokół Kuronia i rosnącego w autorytet Adama Michnika. Tę samą, z której wyrósł potem KOR i która zaczęła mieć duży wpływ na Solidarność. Zwłaszcza pod koniec lat 80.

Na tzw. lewicę opozycyjną patrzy się w Polsce zazwyczaj dwojako. Hagiograficznie albo demaskatorsko. Na to spojrzenie rzutują w ogromnej mierze polityczne i towarzyskie niesnaski już z czasów III RP. To chyba na tyle oczywiste, że nie ma sensu tego dalej tłumaczyć. Kult wystylizowanych na herosów „Adama i Jacka” trafia tu na opowieść o „zbrataniu z Kiszczakiem i Jaruzelskim w Magdalence”. Każdy ma swoją prawdę, więc intelektualna przygoda nas tu absolutnie nie czeka. Raczej przewidywalny banał.

A u Siermińskiego jest inaczej. Młody autor też patrzy na opozycyjną lewicę krytycznie. Ale z zupełnie innej perspektywy. Interesuje go odpowiedź na pytanie, jak i kiedy doszło w tej grupie do radykalnej zmiany poglądów. Kuroń i Modzelewski z „Listu otwartego do partii” są jeszcze radykalnie lewicowi. Atakują PZPR z lewej, zarzucając mu, że porzucił ideały marksizmu. A hasło Polska Ludowa stało się zasłoną kryjącą bezideowy biurokratyzm i brak gotowości na prawdziwą demokrację. Kuroń i Michnik z okolic przełomu 1989 r. są już jednak tamtej lewicowości zupełnym zaprzeczeniem. Ochoczo wspierają skok w wolny rynek. I to robiony wedle liberalnych, a nie socjaldemokratycznych recept. Budują ugrupowanie (Unię Demokratyczną), która głosi, że lud nie dorósł do demokracji i trzeba go stale pilnować, by mu nie strzelił do głowy jakiś fatalny pomysł.

Michał Siermiński uważa, że wydarzyło się to w trakcie tytułowej „dekady przełomu”. A więc czasu rozpiętego pomiędzy Marcem ’68, który był dla opozycyjnej lewicy (zwanej wtedy „komandosami”) olbrzymim szokiem, a Sierpniem ’80, kiedy po fali strajków środowisko Michnika i Kuronia zaczęło nadawać ideowy profil całemu ruchowi Solidarności. Swoją tezę Siermiński rozwija już w pierwszym – 80-stronicowym – rozdziale wstępnym. Szczegółowo odpowiada tam na pytanie, co takiego wydarzyło się w tej „przełomowej dekadzie”. Lecz równocześnie pokazuje, że „nic nowego pod słońcem”. Dowodzi, że Michnik i Kuroń w zasadzie powtórzyli drogę, którą przeszedł w początkach XX wieku Józef Piłsudski ze swoją częścią PPS. I że jedni oraz drudzy bez większego problemu wysiedli z „czerwonego tramwaju” na przystanku niepodległość. Co dowodzi, że „sprawa socjalistyczna” była dla nich tylko środkiem do mobilizacji mas i wpłynięcia na proces polityczny. Nie zaś celem samym w sobie.

Sporą część książki Siermiński poświęca rozbudowanym ideowym minibiografiom swoich bohaterów. Jest więc solidny rozdział o Leszku Kołakowskim, który był w latach 60. intelektualnym guru komandosów. Są portrety Kuronia i Michnika. Oraz opowieść o Karolu Modzelewskim, najmniej jednoznacznym z całej czwórki. Czego przedłużeniem były późniejsze spory o kształt polskiej transformacji. Trwające do dziś. Kto lubi w nich uczestniczyć, ten absolutnie książki Michała Siermińskiego przeoczyć nie może.

Michał Siermiński, „Dekada przełomu. Polska lewica opozycyjna 1968–1980”, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2016