Znakomite przedstawienie Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa nikogo nie osądza. Za to przejmująco opowiada o świecie bez wartości, gdzie ucieczką staje się religijne szaleństwo
Nie ma łatwo Grzegorz Jarzyna. Czego nie nasłuchałem się o jego ostatnim spektaklu... Że infantylny i płaski, że ma za bohaterkę idiotkę, a nawet że za mało w nim ideologii, bo w sumie nie ma czym się oburzać. Podobnie było niespełna rok temu, gdy w TR Warszawa wystawiał „Drugą kobietę” według scenariusza Johna Cassavetesa. Wtedy wytykano mu telenowelowe rozwiązania, zarzucano, że opisując teatr od kulis, zatrzymuje się na jego powierzchni. Jakoś nie chciano dostrzec ostrej ironii wymierzonej w samego siebie oraz wspaniałej roli Danuty Stenki. Było tak, jakby dawnym apologetom szefa TR nie spodobało się, że przestał już być nadwornym buntownikiem polskiej reżyserii. Jakby ze złością konstatowali, że Jarzyna zwraca się dziś ku tradycji, robi przedstawienia z początkiem, środkiem i zakończeniem.
Po obejrzeniu „Męczenników” mam pewność, że Jarzynie nie są dziś potrzebne jakiekolwiek etykietki. Nie ma znaczenia, czy ktoś odszuka w jego dzisiejszym teatrze ślady dawnego wichrzyciela, czy wręcz przeciwnie – nazwie go nowym klasykiem, określi mianem konserwatysty. Jarzyna idzie własną drogą, bardziej niż kiedykolwiek odporny na podszepty z zewnątrz albo podszyte ideologią ataki. Najnowsza jego inscenizacja wskazuje, że ma dziś dla siebie program maksimum, który z powodzeniem realizuje na macierzystej scenie. „Męczennicy” nie spełnią zatem oczekiwań tych wszystkich, którzy chcieliby od artysty nowego manifestu, zarysowania jasnej strategii dla teatru i samego siebie. Jarzyna ma być może strategię dla TR Warszawa jako jego dyrektor. Natomiast przy własnych projektach jak nigdy dotąd mówi od siebie, wyłącznie we własnym imieniu. Co prawda zaangażowanie aktorów oraz doskonałe efekty ich pracy potwierdzają, że w trakcie prób opowieść staje się również ich własnością. Mimo to ostatnie prace Grzegorza Jarzyny to teatr w pierwszej osobie.