TEATR POWSZECHNY | „Kuroń. Pasja według św. Jacka” próbuje opowiedzieć, co się stało z rewolucją Solidarności i o tym, jak zdewaluowały się nasze uniesienia z roku 1989. Spektakl Pawła Łysaka, mimo niedoskonałości, mocno wchodzi w głowę i w serce
Nie byłoby tego przedstawienia bez poprzedniego spotkania Pawła Łysaka z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk. Przyniosło ono wówczas „Popiełuszkę”. Łysak wystawił go w kierowanym przez siebie Teatrze Polskim w Bydgoszczy, a potem skromne widowisko stało się ogólnopolską sensacją. Wbrew wszystkim idiotycznie protestującym, choć niewidzącym wcześniej spektaklu, nie było w nim chęci wywołania skandalu. „Popiełuszko” nie był też próbą hagiografii ani opowiadania biografii narodowego męczennika, nie pretendował także do rekonstruowania jego ostatnich godzin. Sztuki Sikorskiej-Miszczuk dają swym bohaterom nowe życie, aby zadać jedyne chyba uzasadnione sytuacją pytania. Co tamci ludzie mówią o nas dzisiaj, jakie drogi nam podpowiadają, jakie postawy uosabiają? O Pawle Łysaku mogę powiedzieć natomiast, że od lat uprawia coś, co mógłbym nazwać teatrem obywatelskim. Czasem z bardzo dobrym, jak w przypadku „Popiełuszki”, skutkiem, czasem natomiast – tak było choćby z „Krzyczcie, Chiny” z Powszechnego – efekt skażony jest ideologią.
Od początku dyrekcji Łysaka Powszechny przyjął sobie motto wzięte od swego patrona Zygmunta Huebnera – „Teatr, który się wtrąca”. Jednym to hasło się podoba, innych irytuje, dziś widać jednak, że dobrze określa misję praskiej sceny. Wyraźnie zaznacza się to w obecnym sezonie, który zaczął się „Wściekłością” Mai Kleczewskiej, teraz mamy „Kuronia”, za chwilę przyjdzie „Klątwa” Wyspiańskiego zinterpretowana przez Olivera Frljicia. Kiedy zaprasza się takich artystów i bierze do podobnych tematów, o bezpieczeństwie i zmniejszaniu ryzyka nie może być mowy. Jest chyba tak, że Łysak ze swym zastępcą Pawłem Sztarbowskim postanowili odkryć karty i zaproponować swej publiczności teatr na wskroś polityczny. Pisałem po premierze „Krzyczcie, Chiny”, że jest teatr przekonanych robiony dla przekonanych. „Kuroń” wydaje się spektaklem dalece istotniejszym i o większej sile rażenia, mimo to jednak dałoby się powtórzyć pod jego adresem to samo zdanie. A może najzwyczajniej w świecie tak być musi, bo nadszedł czas, gdy trudno ukrywać się za przedstawieniami. W dodatku w ostatnich tygodniach widać coś szczególnie wyraźnie. W styczniu widziałem i opisywałem w „Kulturze” najpierw „Triumf woli” Strzępki i Demirskiego, potem „Ambonę ludu” Kruszczyńskiego i Kuczoka, teraz przychodzi pora na „Pasję według św. Jacka” Łysaka i Sikorskiej-Miszczuk. Zestawienie to nie jest przypadkowe i mówi coś ważnego. Oto powraca w Polsce teatr polityczny rozumiany jako narzędzie oporu. Są takie chwile, gdy trzeba odłożyć na bok kalkulacje i mówić mocno własnym głosem. Może za cenę subtelności wykrzyczeć ze sceny swój protest. Taki był już świetny „Juliusz Cezar” Szekspira w reżyserii Barbary Wysockiej, też z Powszechnego. „Kuroń” to inna skala tak dramaturgii, jak inscenizacji, a jednak założenia ma podobne.