Nowa płyta, nowa trasa, nowa misja. Wszystko spektakularne jak zwykle w przypadku zespołu Muse
Dziennik Gazeta Prawna
Dostarczają przesyłki, robią zdjęcia, filmują, pomagają zabijać ludzi, wkrótce może będą przynosić pod domy jeszcze ciepłe jedzenie. Drony – to one są punktem wyjścia nowego koncept albumu balansujących na granicy geniuszu i kiczu Muse. Na żywo materiał z „Drones” zabrzmi za tydzień na Orange Warsaw Festival. Jak zdradzili w kwietniowym wywiadzie dla BBC Matt Bellamy i Dom Howard: „Nie możemy się już doczekać zagrania nowych numerów na żywo, bo mają one niesamowitą siłę i na pewno podbiją stadiony”. Z drugiej strony Bellamy przyznał „Rolling Stone”: „Tym materiałem chcemy powrócić do początku naszej kariery, standardowego składu rockowej kapeli: gitara, bas, perkusja”. Trudno się nie zgodzić, że na ostatnich dwóch krążkach, „The Resistance” i „The 2nd Law”, Muse odpływali w eklektyczne, pompatyczne eksperymenty. Teraz w rockowym odrodzeniu miał im pomóc ekscentryczny producent John „Mutt” Lange. 66-letni geniusz konsoli produkował albumy dla takich gigantów gatunku jak AC/DC czy Def Leppard. Dobrze też jednak orientuje się w muzyce popularnej, o czym świadczą w jego CV takie pozycje jak: Lady Gaga czy Bryan Adams. Do grona współpracowników Muse zaprosili także wybitnego fotografa, ilustratora, twórcę teledysków Kalifornijczyka Matta Mahurina, który projektował okładki i realizował klipy m.in. dla Toma Waitsa i Petera Gabriela.
Aby nagrać „Drones”, członkowie kapeli udali się na neutralny teren, do Vancouver w Kanadzie. Co prawda, w niektórych numerach dorzucili do repertuaru klawisze, ale materiał oparli na gitarach i perkusji. Koncept płyty po raz pierwszy zaświtał Bellamy’emu dwa lata temu, po przeczytaniu książki o wymownym tytule „Predators: The CIA’s Drone War on al Qaeda”. Matt był zszokowany, w jakiej skali są od lat używane drony i do jakich celów. „Drones” jest jednak nie tylko o samych dronach, ale przede wszystkim o dehumanizacji współczesnego świata. Matt głęboko wszedł w temat, zresztą do dziś wrzuca na swojego Twittera na przykład dokumenty wydane przez organizację zajmującą się opisywaniem robotyzacji świata: International Committee for Robot Arms Control. Wymowne są już same tytuły piosenek z „Drones”: „Dead Inside”, „Psycho”, „Mercy”, „Reapers”, „Revolt”, „The Globalist”. Matt i spółka opisują nasz współczesny, coraz bardziej poddany maszynom świat, jednocześnie przekonując, że się na taki rozwój nie zgadzają. Na przykład w numerze „The Handler” Bellamy śpiewa: „Zostaw mnie/ nie chcę żebyś kontrolował moje uczucia/ nie będę więcej robił co mi każesz/ nie boję się decydować sam za siebie/ pozwól mi wreszcie być sobą”. Muse nie są pierwszą kapelą, która opowiada o podobnych problemach świata, o kontroli nad ludźmi. Te kwestie poruszali już przecież chociażby Pink Floyd czy Rage Against The Machine. Ale w karierze Muse nie było chyba równie mocnych, zaangażowanych tekstów, choć nagrywali już płyty katastroficzne („Black Holes and Revelations” 2006) czy o technologicznej ewolucji („Origin of Symmetry” 2001).
Mocnym, mrocznym tekstom towarzyszy na „Drones” podobna muzyka. Materiał świetnie brzmi na żywo, o czym przekonali się już ci, którzy byli na majowym festiwalu Radio 1’s Big Weekend w Norwich na Wyspach. Muse było headlinerem pierwszego dnia (przed nimi zagrała m.in. Florence and the Machine), Foo Fighters drugiego. Matt i spółka zagrali fragmenty z „Drones”, pokazując nimi, że wciąż potrafią wbijać w fotel prostymi (jak na nich), mocnymi rockowymi numerami, nie mniej niż rozbudowanymi kompozycjami z dwóch poprzednich krążków (cały koncert jest dostępny na YouTube). Muse nie powalili na nim oprawą koncertową, choć jak zapowiadał Bellamy w magazynie „Rolling Stone” sprzed miesiąca: „Ta trasa będzie niezwykła, jeśli chodzi o scenografie. Jej częścią mają stać się drony, choć jeszcze do końca nie wiem, na ile jesteśmy w stanie ich użyć i w jakiej formie, żeby nie zagrażały widowni”. W jaki sposób zbudowali scenografię, będzie się można przekonać ostatniego dnia Orange Warsaw Festival 14 czerwca na warszawskim Torze Służewiec. Obok nowego materiału Muse zagrają też na pewno kilka swoich klasyków. Całość skomponowana będzie w jedną rockową operę. Jak powiedział „Kulturze” w wywiadzie już osiem lat temu basista Chris Wolstenholme zapytany o ideę przyświecającą Muse: „Postanowiliśmy pokazać wszystkim, że Brytyjczycy wciąż potrafią grać solidnego rocka jak w latach 70.”. Wreszcie się udało.