W mediach społecznościowych popularny jest złożony z kilku obrazków mem: jego bohater – stawiając coraz mocniej weryfikowane przez rzeczywistość tezy, i mając poczucie, że się ośmiesza – przywdziewa kolejne atrybuty clowna. Czy właśnie w ten sposób możemy opisać bankructwo czeskiego rządu, który wpierw zarzekał się, że nie kolaboruje z III Rzeszą, a potem wznosił ręce w nazistowskim pozdrowieniu?
Żeby było ciekawiej, czeskie władze myślały o sobie – i mówiły o tym publicznie – że robią to wszystko dla dobra narodu.
„Ktoś musiał się poświęcić, zatem poświęciłem się ja. Kiedy nie mogłem już uratować państwa, uratowałem przynajmniej naród” – cytuje pan w książce Emila Háchę, najpierw prezydenta Czechosłowacji, a potem prezydenta Protektoratu Czech i Moraw.
Czeski rząd twierdził wręcz, że złożył z siebie ofiarę dla dobra obywateli. Wygląda na to, że żaden z wysokich rangą polityków nie zauważył momentu, w którym staje się kolaborantem i robi rzeczy, dla których nie ma usprawiedliwienia. Przecież niemal od razu po ustanowieniu Protektoratu czeskie władze wydały Niemcom współobywateli narodowości żydowskiej. Sprzeniewierzały się również niepisanemu kodeksowi, który obowiązywał w praktycznie każdym okupowanym kraju: że władze nie korzą się przed nazistowskimi dygnitarzami. Przecież przeciętny Czech nie chciał, aby jego władze witały Niemców hitlerowskim pozdrowieniem.
Kiedy następuje moment, w którym czeski rząd od rozpaczliwej wręcz dbałości o to, by Zachód nie postrzegał go jako kolaboranckiego, przechodzi do heilowania?
To najważniejsze i najtrudniejsze pytanie w przypadku każdego aktu kolaboracji. I nie ma na nie dobrej, uniwersalnej odpowiedzi. Problemy rodzą się już w momencie, w którym człowiek lub jakaś grupa zaczyna współpracować z okupantem. Zwykle nikt nie zdaje sobie wówczas sprawy z tego, że logicznym następstwem tej decyzji będą kolejne, jeszcze dalej idące żądania wroga. A kiedy już zyskuje tego świadomość, to błędnie zakłada, że w końcu powie „nie”.
Gdzie w tym sposobie myślenia kryje się pułapka?
W łatwości, z jaką adaptujemy się do zmieniających się warunków. Czesi mają nawet przysłowie, że człowiek przywyknie też do szubienicy. Jeśli jakiś polityk współpracuje z okupantem, aby, jak twierdzi, zapobiec większym nieszczęściom, zgodnie z tą logiką za każdym razem będzie mu się wydawać, że musi się podporządkować, bo przecież nie jest wcale tak źle, a bez kolaboracji byłoby dużo gorzej. W przypadku Pragi moment wejścia rządu na drogę, z której nie było już odwrotu, nastąpił po zamachu na protektora Czech i Moraw SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha, którego dokonano 27 maja 1942 r. W odwecie Niemcy zamordowali 200 mężczyzn i chłopców z wioski Lidice. Czeskie władze mogły wtedy manifestacyjnie ustąpić. Możliwe, że Niemcy zesłaliby tych urzędników do obozu koncentracyjnego, choć wcale nie musieli tego zrobić, bo w gruncie rzeczy potrzebowali lokalnych wykonawców swojej polityki. W każdym razie prezydent Hácha i rząd zmazaliby z siebie piętno kolaboracji. Ale nikt nie zdecydował się podać do dymisji. Władze uznały, że takim gestem sprowokowałyby okupanta do jeszcze cięższych represji, a ich osobiście spotkałaby kara. Kolaboracja to jak wejście na równię pochyłą: stawiając pierwszy krok człowiek zakłada, że jak będzie ostrożnie stąpał, zachowa równowagę i pokona przeszkodę. Tymczasem szybko wpada w poślizg i leci w dół na łeb na szyję, nie kontrolując sytuacji.
Czytając pańską książkę miałam wrażenie, że czeski rząd sunąłby po niej równie szybko, nawet gdyby Adolf Hitler nie wysłał do Pragi Heydricha.