„18 spotkań przy stole” to film udany, jeśli mamy ochotę na wycieczkę po hiszpańskim mieście śladem miejscowych kulinariów.

Dwóch drobnych cwaniaczków, którzy na śniadanie zamawiają michę krewetek, obficie skrapiając je cytryną. Młody aktor szykujący wystawną ucztę dla swojej ukochanej z tostami i suszoną szynką w rolach głównych. Imigrant z Macedonii, który przyjechał szukać szczęścia na zachodzie Europy – jeśli chce zjeść śniadanie, musi je ukraść z pobliskiego targu. Gdzie indziej młoda dziewczyna parzy poranną kawę dla poznanego wieczór wcześniej kochanka. Starsze małżeństwo, któremu rytuał posiłków zastępuje codzienne rozmowy. Jest jeszcze gospodyni domowa rozczarowana swoim małżeństwem. Uliczny grajek. Para gejów, którzy przy pieczonej rybie planują powiadomienie brata jednego z nich o swoim związku. To dzień jak co dzień w Santiago de Compostela, mieście słońca, pięknych zabytków i niekończących się biesiad. Dzień trochę leniwy, jego rytm wyznaczają mniej lub bardziej wystawne spotkania przy stole. Nikt nie celebruje posiłków tak jak mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Dlatego głównymi bohaterami filmu Jorgego Coiry zdają się mniej lub bardziej wyszukane dania, małe kafeterie i knajpki, będące stałym elementem krajobrazu.

Coira tworzy film poukładany z puzzli ludzkich życiorysów. Bohaterowie żyją obok siebie, czasem nieświadomi swojej obecności. Tylko od czasu do czasu ich ścieżki się przecinają przy okazji małych biesiad, hucznych przyjęć, niezobowiązujących spotkań w domach i na mieście. „18 spotkań przy stole” to film kameralny, którego największym atutem jest bezpretensjonalność. Hiszpański reżyser mówił w wywiadach, że tworząc swój obraz, w dużej mierze zdał się na improwizację. Może dzięki temu film od czasu do czasu zdaje się dokumentem, zrealizowanym bez wiedzy jego uczestników. Oglądając „18 spotkań…”, czujemy się, jakbyśmy znaleźli się w obcym mieście, podglądając przypadkowych ludzi i podsłuchując fragmenty ich rozmów. Niektórzy z bohaterów przyciągną naszą uwagę, problemy i utarczki słowne innych wywołają obojętne wzruszenie ramion. O ten efekt chyba chodziło. Cała sztuka opiera się tu bowiem na uchwyceniu klimatu, pojedynczych widoków, ulotnych wrażeń, nie zaś na pogłębionej psychologii. Miejscami możemy odnieść wrażenie, że postaci jest za dużo, a wątki zaczynają się plątać, prowadząc donikąd. Atutem jest za to nastrojowa muzyka i zdjęcia, które pozwalają odkryć bogactwo miasta, z jego architekturą, życiem ulicy, grą świateł.