"Wieczni chłopcy" Anthony’ego Marciano to niby komedia o mężczyznach, którzy nie chcą dojrzeć, ale brak jej humoru, wdzięku i lekkości.

"Wieczni chłopcy” zasługują na porządne lanie. Film Anthony’ego Marciano został skrojony po to, by zaspokoić nie gusta, lecz guściki. Sztubackie perypetie dwóch wagarowiczów ze szkoły wdzięku zamiast rozbawienia budzą wyłącznie zakłopotanie. „Wieczni chłopcy” są dowcipni jak pełna szambiarka, finezyjni niczym gastroskopia i subtelni niby wytrysk nasienia. Wszystko razem sprawia, że mamy do czynienia z bodaj najbardziej czerstwą komedią od czasu „Ciacha” Patryka Vegi.

Przywołany w tytule topos inspirował już wszystkich – od Carla Gustava Junga po zespół Zakopower. Postacie wiecznych chłopców rzadko cierpią jednak na tak ogromny deficyt wdzięku jak w filmie Marciano. Bohaterowie – niespełniony muzyk i jego nadmiernie rozrywkowy teść – są mniej więcej tak autentyczni jak sklepowe manekiny. Thomas i Gilbert mieszkają podobno we Francji, ale ekranowy świat z niewiadomych przyczyn pozostaje doszczętnie wypreparowany z pozorów realności. W składającej się głównie z kolejnych imprez codzienności bohaterów nie ma miejsca na ból, depresję i kaca, a pieniądze na wystawne życie biorą się chyba z gry Monopoly.