"Snowpiercer" to rozklekotany gruchot udający superszybki ekspres. Akcja wlecze się w ślimaczym tempie, z kolejnych przedziałów wieje nudą, a tytułowy pociąg wydaje się pozbawiony maszynisty.

Wypada żałować, że sterów nad filmem nie przejął Park Chan-wook, który tym razem zadowolił się wyłącznie rolą producenta. Twórca „Oldboya” z pewnością wzbogaciłby bezbarwnego „Snowpiercera” o mroczne poczucie humoru i – przebrane w popkulturowy kostium – filozoficzne dylematy. Odpowiadający za reżyserię Bong Joon-ho należy do najzdolniejszych twórców rodem z Korei, ale nie potwierdza swego talentu w anglojęzycznym debiucie. Twórca „The Host: Potwora” zupełnie nie radzi sobie z zaciągniętą na plan armią hollywoodzkich sław. Podczas gdy niektóre spośród gwiazd potrafią dopasować się do konwencji, inne kompromitują się w aktorskich szarżach.

W „Snowpiercerze” zawodzi nawet słynąca zwykle z doskonałej intuicji Tilda Swinton. Być może jednak żadna aktorka nie byłaby w stanie przekonująco wcielić się w postać przypominającą skrzyżowanie wrednej nauczycielki matematyki i Margaret Thatcher z okresu wojny o Falklandy. Film Bonga zdradza intelektualne ambicje, ale pozostają one boleśnie niespełnione. Opowieść o nieudanym eksperymencie, w wyniku którego Ziemię ogarnia powszechne zlodowacenie, wzbudza skojarzenie z „Noe: Wybrany przez Boga”. Pociąg przewożący na pokładzie ocalałych z kataklizmu ludzi to przecież uwspółcześniona wersja biblijnej arki. „Snowpiercera” i film Darrena Aronofsky’ego łączy jednak znacznie więcej. Oba tytuły na przemian irytują i śmieszą za sprawą obecnego w nich patosu, a także nachalnej propagandy ideologicznej. Podczas gdy scenariusz „Noego” przypominał deklarację założycielską Greenpeace’u, teksty wygłaszane w „Snowpiercerze” wydają się pochodzić z bryka à la „Marksizm dla początkujących”.