„Jak ojciec i syn” to smakowity okruch życia i opera mydlana, którą można by wystawić w mediolańskiej La Scali.

Hirokazu Koreedzie udała się ta sama sztuka, co przed laty Mike’owi Leigh w „Sekretach i kłamstwach”. Tak jak brytyjski mistrz, japoński twórca startuje z trywialnego punktu wyjścia, by ostatecznie wznieść się na wyżyny artystycznej szczerości. „Jak ojciec…” zdumiewa bogactwem sensów rozsadzających schemat fabularny o szpitalnej zamianie noworodków. Bohaterowie Koreedy wykonują tytaniczny wysiłek, by zrozumieć, że za ich nieszczęście nie odpowiada żaden złośliwy demiurg, lecz zawstydzająco omylny los. Zamiast rościć uzasadnione pretensje do rzeczywistości, filmowi rodzice podejmują próbę jej okiełznania. Nietypowe doświadczenie okazuje się bolesne, lecz jednocześnie rozszerza horyzonty, kwestionuje hierarchie wartości i uczy tolerancji wobec skrajnie odmiennego stylu życia. Dzięki temu „Jak ojciec…” potrafi przebić się przez własny tragizm i pozostawić widza z poczuciem niełatwego optymizmu.

Nieznany w Polsce, lecz hołubiony w świecie kina artystycznego Koreeda osiąga wrażliwość godną wielkich powieściowych realistów, z Czechowem na czele. Nic dziwnego, że towarzysząca fabule aura sensacji bardzo szybko rozmywa się pod naporem nieefektownej codzienności. Wnikliwe wejrzenie w życie bohaterów pozwala Koreedzie na zaznaczenie wątku klasowych uprzedzeń i ekonomicznych nierówności. Bardziej niż tworzenie płaskiego kina interwencyjnego, interesuje jednak reżysera zarysowanie panoramy obyczajowej współczesnej Japonii. Różnice pomiędzy rodzinami poszkodowanymi przez szpitalną pomyłkę dodają fabule kolorytu i zmuszają bohaterów do konfrontacji ze światami, których istnienie dotychczas ignorowali. W „Jak ojciec…” dochodzi do brzemiennego w skutkach zderzenia surowej zamożności z hałaśliwą beztroską. Koreeda nie stara się rozstrzygać o wyższości jednego modelu względem drugiego. Zamiast tego z nadzieją oczekuje na wyniki tego osobliwego spotkania.