Olga Bołądź, Janusz Chabior i Wojciech Zieliński nadali swoim bohaterom wyraziste rysy, na drugim planie błyszczą Andrzej Grabowski, Eryk Lubos i Agata Kulesza.

W jednym z wywiadów Patryk Vega zasugerował, że dziennikarze milczą na temat premiery „Służb specjalnych”, bo dostali taki zakaz. No cóż, mi nikt zakazu nie dawał, na pokazie prasowym żaden ponury dryblas w ciemnych okularach dziennikarzom nie groził, a pan Vega być może powinien wziąć pod uwagę, że jego film nie ma mocy sprawczej, a jest jedynie niezbyt udanym sensacyjnym kinem. Nie chcę nawet zastanawiać się, czy wiarygodnym, czy nie – to fantazja trochę w stylu filmów o Jasonie Bournie.

Wszystko jest jednym wielkim spiskiem i humbugiem, a polską polityką trzęsie grupa zdecydowanych na wszystko zimnokrwistych sukinsynów (to oni zlecili zabójstwo Leppera i Blidy, choć rzecz jasna wszelkie podobieństwo jest przypadkowe). Gorzej, że historia trójki specjalistów od mokrej roboty, którzy po rozpadzie WSI zostają zatrudnieni przez wszechmocnego – do czasu, jak się okaże – pracodawcę, nijak się kupy nie trzyma. Fabuła rozpada się na kilka osobnych wątków, co chwila na ekranie pojawia się słowniczek objaśniający używane przez bohaterów slangowe wyrażenia, a całość przypomina fragmenty telewizyjnego serialu naprędce zmontowanego w dwugodzinny seans. Z ekranu wieje nudą, co jest jeszcze gorsze niż wizja rzeczywistości, którą kreują służby specjalne (a media, jak te pieski na smyczy, wraz z nimi). To mógł być film na poziomie „Pitbulla”, ale nie jest – być może debiut Vegi już zawsze będzie dla niego wzorem niedoścignionym. I szkoda tylko aktorów, bo stanęli na wysokości zadania: Olga Bołądź, Janusz Chabior i Wojciech Zieliński nadali swoim bohaterom wyraziste rysy, na drugim planie błyszczą Andrzej Grabowski, Eryk Lubos i Agata Kulesza. To oni sprawili, że „Służby specjalne” ogląda się z poczuciem, że to jednak kino, a nie rozciągnięty na siłę odcinek „W-11” lub innej telewizyjnej sieczki.