Bohaterka walczy o to, by nie ugiąć się pod ciężarem negatywnych doświadczeń i dokonać ryzykownego aktu dezercji z życia. W praktyce okazuje się jednak pozorną buntowniczką, która nie musi odcinać się od swojej przeszłości ani radykalnie zmieniać przyzwyczajeń

„Dzika droga” jest filmem zaskakująco wykoncypowanym, mało drapieżnym i pozbawionym pazura. Zamiast medytacyjnej wędrówki inspirowanej „Wszystko za życie” Seana Penna, reżyser Jean-Marc Vallée proponuje niezobowiązujący spacerek śladami bohaterki „Jedz, módl się, kochaj”. Cheryl z „Dzikiej drogi” przemierza wprawdzie 1000 mil szlakiem turystycznym Pacific Crest Trail, ale sprawia wrażenie, jakby myślami znajdowała się na wczasach all inclusive w Egipcie.

Na pierwszy rzut oka postawa młodej kobiety może wydawać się heroiczna. Bohaterka walczy o to, by nie ugiąć się pod ciężarem negatywnych doświadczeń i dokonać ryzykownego aktu dezercji z życia. W praktyce okazuje się jednak pozorną buntowniczką, która nie musi odcinać się od swojej przeszłości ani radykalnie zmieniać przyzwyczajeń. Z mężem rozstaje się przecież w przyjaźni, a po powrocie z wędrówki wyciąga rękę do obrażonego brata.

Outsiderzy, którzy z zaskakującą łatwością zyskują akceptację otoczenia, przewijają się przez niemal wszystkie filmy Vallée. W „C.R.A.Z.Y.” od oskarżeń o ekranowy fałsz ratowało jednak reżysera wywrotowe poczucie humoru, a w „Witaj w klubie” tę samą rolę spełniała charyzma głównych bohaterów. „Dzika droga” nie broni się jednak na żadnym z tych pól. Źródłem rozczarowań okazuje się także scenariusz przygotowany przez Nicka Hornby’ego. Siłą brytyjskiego pisarza były dotychczas historie osadzone wśród ludzi połączonych przez wspólną pasję, temperament i życiowe doświadczenia. Samotna podróż Cheryl nie wpisuje się w ten wzorzec i zmusza scenarzystę do sięgnięcia po oklepane schematy. Film Vallée w podręcznikowy sposób realizuje założenia konwencji road movie, a przez to z każdą chwilą staje się coraz bardziej monotonny i przewidywalny. Istotnym problemem fabuły pozostaje także jej psychologiczna miałkość. Właściwie wszystkie motywacje towarzyszące Cheryl zostają ujawniane przez twórców za sprawą tandetnych migawek z bliższej i dalszej przeszłości. O niespecjalnym wyrafinowaniu bohaterki świadczy także używany przez nią język. W kolejnych wypowiedziach zdania rodem z poradników motywacyjnych przeplatają się z najbardziej naiwnymi sloganami zasłyszanymi na feministycznych demonstracjach.

Kino pokroju „Dzikiej drogi” miałoby rację bytu, gdyby widzowi mogły udzielić się ekstremalne w założeniu przeżycia bohatera. W filmie Vallée brakuje jednak odwagi w pokazywaniu fizyczności udręczonego ciała, natrętnych zbliżeń na zmęczoną twarz, posiniaczone dłonie i zakrwawione stopy. Pod tym względem „Dzika droga” pozostaje daleko w tyle choćby za napompowanymi adrenaliną „127 godzinami” Danny’ego Boyle’a. Film Vallée na każdym kroku marnuje potencjalne atuty i niweczy własny potencjał. Dzikość zostaje w nim oswojona, a bunt pozostaje łatwy, przyjemny i osiągalny dla każdego. Wypada tylko czekać, aż Pacific Crest Trail zaroi się od niedzielnych turystów, a wycieczki śladami Cheryl staną się hitem amerykańskich biur podróży.

Dzika droga | USA 2014 | reżyseria: Jean-Marc Vallée | dystrybucja: Imperial-Cinepix | czas: 115 min | Recenzja: Piotr Czerkawski | Ocena: 2 / 6