PORTRET | W 2017 roku polskie kino będzie miało twarz Karoliny Gruszki. Nareszcie!
Do niej będą należeć najbliższe miesiące w kinie: na ekrany jeszcze przed świętami wchodzi „Szczęście świata” Michała Rosy, w styczniu drugoplanowa, ale ważna rola w „Sztuce kochania”, filmowej biografii Michaliny Wisłockiej, w marcu długo oczekiwana „Maria Curie-Skłodowska”. Czy Karolina Gruszka wreszcie będzie miała w kinie pozycję, na jaką zasłużyła?
W filmie Rosy grana przez Gruszkę Róża, zapytana o zawód, odpowiada z nutą melancholii w głosie: „Jestem szczęściem świata”. Te słowa mają swój ciężar, a scena – siłę (więcej nie mogę napisać, nie zdradzając sekretów fabuły), ale paradoksalnie pokazują, jak polskie kino traktuje Karolinę Gruszkę. Jako „szczęście świata” właśnie, obiekt westchnień mężczyzn, a czasami także kobiet – nieuchwytny, wyśniony, często niemal nierzeczywisty. Czasem w tonacji komediowej (jak w „Pani z przedszkola” Marcina Krzyształowicza), kiedy indziej serio. Gruszka nie przyjmuje co prawda ról, w których miałaby być jedynie ekranową ozdobą. Jej bohaterki zawsze mają w sobie to coś: inteligencję, przenikliwość, stanowczość, skłonność do buntu. To jednak częściej zasługa jej talentu, a nie scenariuszy.