Z chłopakami wiadomo, jak było. Każdy chciał chodzić w dżinsach i grać na gitarze. Każdy marzył, by być jak „Dżimi Henriks” lub Bob Dylan, i zapuszczał długie włosy. Światem rządziły proste reguły: życie wyznaczało inny rytm na wsi, a inny w mieście. Gdy było się ze wsi, tęskniło się za wielkomiejskością Budapesztu i Warszawy, choć na wsi łatwiej było o zaopatrzenie w to, co niezbędne do przeżycia. Atrybutem ojcowskiej władzy był wówczas fiat 125p lub łada w kolorze zjełczałego masła.
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
OPOWIADANIA Niedawno w Polsce ukazały się opowiadania węgierskiej pisarki Krisztiny Tóth „Linie kodu kreskowego”. Pisałam wtedy, że pamiętając powiedzenie o Polaku i Węgrze, warto pomyśleć, na ile silna więź siostrzeństwa łączyła i łączy do dziś Polki z Węgierkami. Tóth pisała o dorastaniu dziewczynki na Węgrzech w latach 70. i 80. Wiele Polek, które urodziły się przed upadkiem komunizmu, miało identyczne doświadczenia. Poliestrowe mundurki, szkolne tarcze przyszywane do garderoby, próby dostosowania się do zachodnich kanonów piękna – to wszystko było esencją dorastania w późnych latach komuny. Węgier János Háy jest rówieśnikiem Tóth, a w swoich opowiadaniach pod zbiorczym tytułem „Syn ogrodnika” również powraca do rzeczywistości znanej współczesnym czterdziesto- i pięćdziesięciolatkom w Polsce. Mamy więc równowagę: Háy opowiada o tych samych czasach, co autorka „Linii kodu kreskowego”, tyle że z męskiej perspektywy. Z chłopakami wiadomo, jak było. Każdy chciał chodzić w dżinsach i grać na gitarze. Każdy marzył, by być jak „Dżimi Henriks” lub Bob Dylan, i zapuszczał długie włosy. Światem rządziły proste reguły: życie wyznaczało inny rytm na wsi, a inny w mieście. Gdy było się ze wsi, tęskniło się za wielkomiejskością Budapesztu i Warszawy, choć na wsi łatwiej było o zaopatrzenie w to, co niezbędne do przeżycia. Atrybutem ojcowskiej władzy był wówczas fiat 125p lub łada w kolorze zjełczałego masła. „Syn ogrodnika” to zbiór bezpretensjonalnych i pełnych uroku, „chłopackich” opowieści o dorastaniu na Węgrzech lat 60. i 70. Wielkiej literatury może z tego nie ma, ale jest nostalgia, którą jako bratankowie Węgrów odczytujemy bez pudła.
Syn ogrodnika | János Háy | przekład zbiorowy | Wielka Litera 2016
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
PROZA Mam słabość do kryminałów rozgrywających się w czasach totalitaryzmu. Realia komunizmu czy nazizmu dają pisarzowi osobliwe możliwości narracyjne. Rzeczywistość totalitarna nie jest przejrzysta, rządzi nią paraliżująca nieufność, a za kulisami trwa wojna o władzę, w której przeważnie wygrywa ten, kto najwięcej wie o innych – czyli bezpieka. Z punktu widzenia sztuki pisania kryminałów to właściwie samograj – dodatkowa warstwa tajemnicy będąca po prostu cechą przedstawionego świata. To także techniczne wyzwanie, z którym nie każdy twórca umie sobie poradzić. David Young, brytyjski debiutant, poradził sobie całkiem nieźle. Chwała studiom magisterskim z creative writing na City University w Londynie – chyba naprawdę uczą tam porządnego rzemiosła. „Stasi i dziecko” cofa nas w czasie do 1975 roku. We wschodnim Belinie, tuż przy murze, „Antyfaszystowskiej Barierze Ochronnej” w NRD-owskiej nowomowie, zostaje znaleziona zamordowana nastolatka. Ktoś upozował zbrodnię w taki sposób, by ułatwić śledczym z Milicji Ludowej stwierdzenie, że nastolatka uciekała z Zachodu na Wschód i zabili ją RFN-owscy pogranicznicy. Sprawa okazuje się jednak znacznie bardziej skomplikowana; są w Stasi ludzie chcący ją zamieść pod dywan i są też tacy, którzy pragną ją rozegrać w resortowych porachunkach. Prowadząca dochodzenie porucznik milicji Karin Müller ląduje, powiedzmy, między sierpem a młotem. Young pisze prosto i treściwie, dużo wie o dziejach „republiki demokratycznej”, tudzież o metodach, z pomocą których Stasi łamała ludziom biografie i charaktery. W każdym razie dla mnie, człowieka Wschodu, ta historia brzmi całkiem wiarygodnie. To już sporo.
Stasi i dziecko | David Young | przeł. Katarzyna Sosnowska | Marginesy 2016
ESEJ Średnio udana okładka „Włochów” Johna Hoopera sugeruje, że to kolejna wakacyjna pozycja z serii „pośmiejmy się z innych narodów”, zarabiająca na stereotypach. Nic bardziej błędnego – „Włosi” to świetny esej. John Hooper, korespondent zagraniczny z dużym doświadczeniem, powinien w zasadzie zostać we Włoszech znienawidzony, ponieważ ujawnia największą tajemnicę mieszkańców Italii – że są, wbrew powszechnej opinii, skryci, nieufni i bardzo się boją utraty twarzy. Znienawidzony jednak nie będzie, bo Włosi przeważnie łatwo wybaczają, co idzie zresztą w parze z ich złożonymi i niejasnymi poglądami w kwestiach winy, kary i odpowiedzialności. Esej Hoopera to lekcja od podstaw, ale lekcja wnikliwa i wyczerpująca. Mamy tu więc wędrówkę przez włoskie dzieje – z mocnym podkreśleniem, że to, co nazywamy Włochami, jest w istocie ekscentrycznym konglomeratem ziem o różnej historii, kulturze i języku. Mamy refleksję o włoskiej sile przetrwania w świetle wielowiekowego rozbicia i podległości rozmaitym zewnętrznym monarchiom. O konsekwencjach tego ponadtysiącletniego społecznego survivalu: obsesyjnym skupieniu na rodzinie, dbaniu o fasadę i pozory, dziwacznym i wariacko skomplikowanym systemie prawnym, o podwójnej (albo i potrójnej) moralności, mafii, korupcji, katolicyzmie i konserwatyzmie. Brytyjczyk pisze lekko, ale nie sili się na dowcip – jeśli się wie tyle o Włoszech, ile wie Hooper, prawdopodobnie nie da się napisać nudnej książki. Ciekawe, czy powstanie kiedyś podobnie znakomity esej o Polsce. Przyszłemu autorowi radziłbym zacząć już teraz: wszystkie polskie grzechy są aktualnie w grze, nawet potężny smród mało komu przeszkadza.
Włosi | John Hooper | przeł. Piotr Grzegorzewski, Marcin Wróbel | W.A.B. 2016