Ta zbrodnia nie tyle wstrząsnęła Czechami, ile głęboko ich zdezorientowała – 10 lipca 1973 roku 22-letnia Olga Hepnarová wjechała rozpędzoną ciężarówką Škoda RN w tłum ludzi, głównie emerytów, czekających na tramwaj na przystanku przy alei Obrońców Pokoju (obecnie ulica Milady Horákovej) na praskich Holeszowicach. Na miejscu zginęły trzy osoby, pięć kolejnych zmarło później w wyniku odniesionych obrażeń. Hepnarovej nic się nie stało. Spokojnie czekała na milicję. Podczas zatrzymania wygłosiła coś na kształt ideowej deklaracji – że celowo doprowadziła do kolizji i że był to akt zemsty. Zemsty na społeczeństwie, w którym czuła się niezrozumiana i prześladowana, które nie miało jej nic do zaoferowania poza duchowymi oraz fizycznymi torturami.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Owszem, Hepnarová była morderczynią – w annałach czeskiego sądownictwa figuruje jako ostatnia kobieta skazana w Czechosłowacji na karę śmierci. W zasadzie można by ją uznać również za terrorystkę, choć nie kierowały nią motywacje natury politycznej, co zresztą komunistyczne władze, doświadczone samospaleniem Jana Palacha, musiały przyjąć ze sporą ulgą. Po prostu czuła się źle – źle w świecie i źle we własnej skórze. Pierwsze i podstawowe pytanie, jakie się w związku z tym nasuwa, nie dotyczy więc tego, dlaczego Olga Hepnarová postanowiła zabić przypadkowych przechodniów, ale dlaczego ludzie przeważnie nie postępują w ten sposób. Inaczej rzecz ujmując, gdzie tkwi cienka granica między poczuciem krzywdy (będącym przecież emocją bardzo powszechną) a krwawą wendetą. Książka Romana Cílka nie udziela odpowiedzi wprost, ale snuje narrację o społeczeństwie przesiąkniętym obojętnością i strachem.

Historia Hepnarovej jest historią dziewczyny, która maniakalnie zamknęła się we własnym resentymencie i poświęciła się rozpamiętywaniu własnych niedoli, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że jej obłęd był po części produktem epoki: szarości i surowości komunistycznego państwa, zimnego chowu w nieczułej mieszczańskiej rodzinie wymuszającej posłuszeństwo biciem, rówieśniczej przemocy w szkole, braku społecznej tolerancji dla jakiejkolwiek inności czy osobności, również seksualnej – w czasach gdy stosunki jednopłciowe nazywano wprost dewiacją, Hepnarová deklarowała się jako osoba biseksualna, choć jej skrajna nieśmiałość i lęk przed jakimkolwiek kontaktem cielesnym powodowały, że przeważnie prowadziła życie ascetki. Jeśli system nie radzi sobie z kimś, kto nie pasuje do wyidealizowanych schematów i norm, są trzy wyjścia: najtrudniejsze, polegające na stworzeniu nieprzystosowanym alternatywnych możliwości rozwoju, najbardziej radykalne, bazujące na wymuszaniu siłą bezwzględnej dyscypliny, i najłatwiejsze – pozbycie się problemu. Wyobcowana Hepnarová, niemal zawodowa ofiara fizycznych i psychicznych prześladowań, przez służbę zdrowia została jednocześnie uznana za osobę chorą psychicznie i za jednostkę mogącą odpowiadać przed sądem za swoje czyny. Gdyby miała normalny proces, wylądowałaby zapewne dożywotnio w jakimś zakładzie psychiatrycznym – ale w procesie Hepnarovej osądzono w gruncie jej aspołeczność i mizantropię; skazano ją nie pomimo tego, że była chora, ale dlatego właśnie, że była chora.

Relacja Cílka, rzetelna i stroniąca raczej od ocen moralnych, oddaje często głos samej Hepnarovej – w aktach śledztwa i procesu zachowały się jej liczne wypowiedzi, tak jakby dopiero zbrodnia pomogła się jej odblokować, jakby oskarżona czuła, że teraz musi szczególnie pieczołowicie zadbać o spójność swojego przekazu i o możliwie najklarowniejsze przedstawienie dziejów własnej niedoli. Jak w wypadku każdej podobnej historii, czyta się ją w jakiejś mierze niczym kronikę zaniechań, spis czynów niedokonanych: a gdyby tak ta samotna, nadwrażliwa nastolatka znalazła jakieś wsparcie w rodzinie albo wśród nauczycieli, gdyby ktoś zaoferował jej miłość lub chociażby czułość, gdyby tak wcześnie nie spisano jej na straty, gdyby nie odmówiono jej pomocy psychologicznej wtedy właśnie, gdy najbardziej tego potrzebowała. „Jeden z nas” Asne Seierstad, wybitny reportaż o pokręconym życiu i niesłychanej zbrodni Andersa Breivika, niesie ze sobą niemal analogiczne konkluzje.

28-letni Viktor Kalivoda, „leśny zabójca”, jesienią 2005 roku strzelał z ukrycia do ludzi spacerujących po lesie, zamordował trzy osoby – na jatkę w praskim metrze zabrakło mu podobno odwagi. Przed rokiem 63-letni Zdeněk Kovář zastrzelił osiem osób w osiedlowej knajpie w Uherskim Brodzie – uważał, że jest szykanowany przez sąsiadów i urzędników, ale zabijał przypadkowych ludzi. Pod ciepłą kołderką czeskiej sielanki wciąż drzemie wulkan, który od czasu do czasu wybucha.

Ja, Olga Hepnarová | Roman Cílek | przeł. Julia Różewicz | Afera 2016