BIOGRAFIA Chris Salewicz to brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia z kilkudziesięcioletnim stażem w muzycznych periodykach pokroju „New Musical Express”, „Q” czy „Mojo”, autor m.in. biografii Boba Marleya i Joe Strummera. Od kilkudziesięciu lat zna Micka Jaggera i Keitha Richardsa, przyjaciół, twórców jednego z największych zespołów w historii rocka, Rolling Stones. Właśnie im dwóm poświęcił książkę „Mick & Keith”. Jej pierwsza wersja pojawiła się na Zachodzie w 2002 r., u nas ukazała się właśnie poszerzona o kilka faktów z ostatnich kilkunastu lat. Salewicz wykonał ogromną pracę, znaleźć tu można wiele szczegółów z prywatnego życia Stonesów łącznie z tym, jakie dostawali oceny w szkołach. Nie zawsze przekłada się to jednak na atrakcyjność książki. Dla osób, które znają Rolling Stones pobieżnie i nie są ich wyznawcami, niektóre fragmenty mogą być zwyczajnie nudne. Szczegółowo opisane są zwłaszcza lata 60. w biografiach obu muzyków. Za to bardzo mało jest opowieści o tym, jak ich relacje i działalność zespołu wyglądały w latach 80. czy 90. Jest też moment bliski polskim czytelnikom, czyli wspomnienie koncertu Stonesów z Sali Kongresowej z 1967 roku, ale temu wydarzeniu autor poświęcił zaledwie stronę. Nie do końca książką będą zapewne zachwyceni fani oczekujący szczegółowej historii samego zespołu, opowieści o tym, jak powstawały niektóre numery, jak kapela się zmieniała w różnych dekadach. Zdarzają się takie momenty, ale przewagę mają sprawy damsko-męskie albo męsko-męskie, czyli kolejne podboje Micka, kulisy odbicia Jerry Hall Bryanowi Ferry’emu czy opis zbliżenia Jaggera z Davidem Bowiem. Książka pokazuje, jak różnymi osobowościami byli i są Mick oraz Keith, ale szczególnych sensacji o samym zespole nie zdradza.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Mick & Keith. Rolling Stonesów portret podwójny | Chris Salewicz | przeł. Piotr Czarnota | SQN 2015

PROZA Dużo ostatnio dyskutowało się o kobiecej prozie alkoholowej. Do debaty zainspirowały u nas dwie książki debiutujących autorek: nominowane do nagrody Nike „Nocne zwierzęta” Patrycji Pustkowiak i szeroko komentowany w tym roku „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber. Temat kobiecego alkoholizmu od dawna pojawiał się również w prozie Ingi Iwasiów. Czasem bywał drugorzędny i poboczny, czasem ledwie sygnalizowany. W najnowszej powieści pisarki staje się pierwszoplanowy. „Pięćdziesiątka” ma dla bohaterki Iwasiów dwa znaczenia. Po pierwsze to wiek graniczny, który oznacza wkroczenie w drugie półwiecze życia, po drugie – miarka wódki. Zresztą, może kolejność i hierarchia powinny być odwrotne? Zbliżając się do pięćdziesiątych urodzin, bohaterka wspomina swoje życie, zdając sobie sprawę, że całe było wypełnione ekstatycznymi ciągami, morderczymi kacami, upadkami i próbami zmartwychwstania, okresami abstynencji, które były w istocie przyczajonym oczekiwaniem na upragnioną pięćdziesiątkę wódki. W tym życiu nie ma niczego ważniejszego od alkoholu – do niego muszą się dostosować przyjaźnie, związki, praca. Sztuka picia jest sztuką umiejętnego kłamania i manipulowania – bohaterka „Pięćdziesiątki” obie opanowała do perfekcji. Jest w literaturze język pijackiej brawury i ascetyczny język trzeźwienia. Pierwszy napędzał prozę Jerzego Pilcha i Malcolma Lowry’ego. Drugi wybiera Inga Iwasiów. U niej alkoholizm nie ma nic z widowiskowości, nie uszlachetnia, nie wiedzie do romantycznego samozatracenia. Zamiast pijackiej fantazji i dezynwoltury jest odstręczająca fizjologia picia. Upijanie się to niekończąca się walka z ciałem – to ono wiecznie stoi na przeszkodzie. Ono i ludzie, którzy próbują być bliscy.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Pięćdziesiątka | Inga Iwasiów | Wielka Litera 2015

OPOWIADANIA Lubię powieści Stephena Kinga, ale chyba jeszcze bardziej cenię pisane przez niego krótkie formy. Każdy zbiór jego opowiadań jest niczym kalejdoskop, w którym można się przyjrzeć pisarskim obsesjom, fascynacjom i inspiracjom autora „Carrie”. Nie inaczej jest z „Bazarem złych snów”. Rozpisana na ponad dwadzieścia tekstów i blisko siedemset stron wyprawa w głąb duszy Stephena Kinga.

Jego prozę znamy tak dobrze, że pojawiające się w niej motywy rozpoznajemy na pierwszy rzut oka. Lęk przed śmiercią, bólem, samotnością, utratą bliskich, coraz mocniej zarysowujący się lęk przed starością i związaną z nią utratą kontroli nad swoim życiem. W „Bazarze...” King jeszcze mocniej niż zwykle czerpie inspiracje z popkultury. Odwołuje się do Raymonda Carvera i Elmore’a Leonarda, w „Zielonym bożku cierpienia” pożycza kulminacyjną scenę z „Egzorcysty”, przefiltrowując ją przez własne życiowe doświadczenia, czasami podkrada swoje własne pomysły (otwierający tom „130. kilometr” mógłby być alternatywną wersją „Christine”). Ale jednocześnie wciąż potrafi zaskakiwać humorem („Pijackie fajerwerki”) lub czułością w opisie bohaterów (jak cudownie pokazana jest relacja syna i jego chorego na alzheimera ojca w krótkim opowiadaniu „Batman i Robin wdają się w scysję”). Kilka tekstów z tego zbioru można sobie śmiało darować, zwłaszcza dwa poematy, dowodzące przy okazji, że szorstki, kolokwialny język prozy Kinga czasami źle znosi przekład na polski. Ale to, co zostaje, jest prozą wysokiej próby. King od lat konsekwentnie buduje swoją wizję Ameryki i wciąż robi to po mistrzowsku.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Bazar złych snów | Stephen King | przeł. Tomasz Wilusz | Prószyński i S-ka 2015