Autopromocja

"Don Jon" - recenzja

"Don Jon" Scarlett Johansson, Joseph Gordon-Levitt
"Don Jon" Scarlett Johansson, Joseph Gordon-LevittMedia / Daniel McFadden
15 listopada 2013

„Don Jon” to popis artystycznej impotencji Josepha Gordona-Levitta. Na domiar złego doświadczony aktor i początkujący reżyser musi cierpieć na rozdwojenie jaźni. Choć we własnym filmie gra seksownego podrywacza, po drugiej stronie kamery przypomina oblanego rumieńcem nowicjusza.

 Niepewny swych reżyserskich umiejętności Gordon-Levitt mizdrzy się do odbiorcy, mruga do niego okiem i próbuje całego arsenału wypróbowanych trików. Ostatecznie nie oferuje mu nic więcej niż twórca typowego hollywoodzkiego produkcyjniaka. W związku z tym widz „Don Jona” ma prawo czuć się jak ktoś, kto umówił się na randkę z dominą, a skończył w łóżku z zakonnicą. Film Gordona-Levitta zaczyna się obiecująco. Przystojny Don Jon w każdy weekend bez trudu zaciąga do sypialni kolejne ochotniczki. Tytułowy bohater mógłby jednak powtórzyć za Woodym Allenem: „Jestem tak dobrym kochankiem, ponieważ dużo ćwiczę samodzielnie”. Wszystko dlatego, że mężczyzna ponad dziewczyny z krwi i kości stawia plastikowe gwiazdki porno, z którymi obcuje za pośrednictwem internetu. Oryginalna gra wstępna prowadzi jednak w „Don Jonie” do przewidywalnego punktu dojścia. Główny bohater w końcu spotka dziewczynę, która wybije mu z głowy uzależnienie i weźmie jego los w swoje zręczne ręce. Widoczny w „Don Jonie” flirt mainstreamu z przemysłem porno to żadna nowość.

Autopromocja
381298mega.png
vAT KOMENTARZ.png
380777mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.