Film Ariego Folmana jest wyraźnie podzielony na dwie części. Pierwsza, zresztą znakomita, jest ironicznym i dość gorzkim spojrzeniem na sławę i współczesny przemysł filmowy, stawia dość poważne w sumie pytania o istotę aktorstwa. Druga – animowana – to wizyta Robin na zorganizowanym przez wytwórnię zjeździe. I tu dopiero zaczyna się „Kongres” inspirowany Lemem.
– Twój czas się skończył – mówi do Robin Wright mefistofeliczny agent grany przez Harveya Keitela. – Nie grasz już w dobrych filmach, pora na emeryturę – przekonuje, a my zaczynamy już wierzyć, nawet jeśli mamy w pamięci świetne role tej aktorki z ostatnich kilku lat (choćby w serialu „House of Cards”). Namawia Robin Wright, by oddała siebie na wieczne posiadanie Hollywood. Jej ciało, gesty, ruchy, mimika, głos zostaną zeskanowane i oddane studiu filmowemu, które będzie mogło wykorzystać je w dowolny sposób: cyfrowa Robin może grać zarówno w dramatach, jak i filmach porno. Na ekranie zostanie zawsze młoda i piękna. Tymczasem Robin prawdziwa dostanie wszelkie luksusy – pod jednym warunkiem. Do końca życia nie będzie mogła zagrać choćby w amatorskim przedstawieniu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.