Oglądając „Meteorę”, trzeba zapomnieć o trywialnym przesłaniu (miłość erotyczna kontra miłość duchowa) oraz wątpliwych konceptach dramaturgicznych – to film do smakowania estetycznego.
Środkowa Grecja, Tesalia. Widnokrąg ogranicza się do dwóch płaszczyzn, nieboskłon zlewa się z ziemią, tworząc impresjonistyczną całość, prześwietloną wiecznym słońcem. Pierwsze minuty seansu upływają w poznawczym stuporze: ziemia bezludna, ziemia obiecana, alternatywny wariant raju. Ale tutaj również toczy się zwyczajne życie ostro skontrastowane z egzystencją mnichów zamieszkujących w górujących nad miasteczkiem klasztorach, usytuowanych 500 metrów nad poziomem morza na szczycie filarów z piaskowca w masywie Meteorów. Kiedyś funkcjonowały tutaj 24 monastyry, dzisiaj czynnych jest sześć – cztery męskie i dwa żeńskie. W filmie Stathoulopoulosa plebejski gwar życia towarzyszy klasztornej ascezie i wyciszeniu, a popularne greckie przyśpiewki modlitwom porannym i wieczornym. Zapach świec i kadzidła zostaje zderzony z fetorem potu, spalin i rozregulowanym rytmem niekończącego się lata.
Wielu z nas zna dobrze to miejsce, stanowi przecież żelazny punkt wycieczek do Grecji. Na potrzeby filmu przypomniałem sobie kilka zdjęć przypadkowo zrobionych podczas mojej greckiej podróży do Tesalii. Monastyr, wakacyjnie roztargniona twarz i gdzieś w dalekim planie przewijająca się sylwetka mnicha z siwą brodą. Bezmyślne profanum fotografujące się z nieuchwytnym sacrum.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.