"Wiele demonów" – podszyty czernią powieściowy majstersztyk Jerzego Pilcha.

„Kiedy Pilch przestanie pisać dobre książki? W trumnie”. Ten cokolwiek makabryczny żart o autorze „Pod Mocnym Aniołem” krąży w środowisku literackim. Nawet najwięksi adwersarze, których pisarz z Wisły zmasakrował w swoich felietonach, przyznają, że na naszym podwórku jest on zjawiskiem wyjątkowym. Nawet nie chodzi o to, że Pilch od dawna nie wydał słabej książki. Chodzi o to, że on pisze tylko bardzo dobre książki. Ci, którzy wieszczyli, że po wydaniu pierwszego tomu dziennika pisarz ugrzęźnie w komponowaniu kolejnych memuarów i gazetowej felietonistyce, po lekturze „Wielu demonów” powinni więc porzucić nadzieję. Pilch chyba nie potrafi inaczej.

W nowej powieści kolejny raz zabiera nas na Śląsk Cieszyński, swoje prywatne Macondo, w umownie pojmowane realia lat 50. ubiegłego wieku. I ponownie zaludnia opowieść dawnymi bohaterami: mamy pana Naczelnika z żoną, Pastora Mraka z połowicą, Komendanta oraz wielu innych znajomych. Są też nowi, wokół których ogniskują się wydarzenia, zwłaszcza demoniczny listonosz wizjoner Fryc Moitschek, pastorówny Jula i Ola oraz pewien trup samobójcy błąkający się wśród żywych. Tajemniczości, dziwności, pytań i zagadek bez jednoznacznej odpowiedzi jest tym razem u Pilcha wiele. Na dobrą sprawę do końca nie wiemy nawet, kto jest opowiadaczem tej historii, a kto opowiadanym. Z pewnością kluczową rolę odgrywa tu wspomniany Fryc, autor zapisków, w których odkrywa tajemnicę życia i śmierci.