Autopromocja

My Bloody Valentine "mbv" - recenzja

My Bloody Valentine "mbv"
My Bloody Valentine "mbv"Media
15 lutego 2013

Kiedy 27 stycznia Kevin Shields zapowiedział, że za kilka dni ukaże się trzeci album jego grupy My Bloody Valentine, nikt nie potraktował go poważnie. Bo on i jego zespół są irlandzkim odpowiednikiem Edyty Bartosiewicz – nową płytę obiecywali od lat. Tyle że oni zaskakująco swoją obietnicę spełnili.

Trzecia płyta My Bloody Valentine była najbardziej oczekiwanym krążkiem połowy lat 90. Wszyscy czekali, co jest w stanie zrobić zespół po nagraniu „Loveless”. Kevin Shields podpisał wtedy kontrakt z jedną z największych wytwórni fonograficznych na świecie (Island). Dzięki temu miał nadzieję spełnić wszystkie swoje brzmieniowe zachcianki. Niestety kontrakt z dużą wytwórnią nie przyniósł spodziewanego arcydzieła. Shields, skompletowawszy prywatne studio, zapadł na niemoc twórczą. Walczył z nią latami. A była to walka heroiczna, bo kiedy chodzi o własną wizję sztuki, nie liczy się nic: ani koszta, ani czas. I dlatego płytę „mbv”, którą nagrywał przez ostatnie 15 lat, wydał własnym sumptem w internecie.

Na pierwszy rzut… ucha rock My Bloody Valentine AD 2013 brzmi równie totalnie jak przed laty. I to w zasadzie jego jedyna zaleta. Każde kolejne przesłuchanie „mbv” bezlitośnie obnaża muzyczne mielizny. Bo perfekcjonizm i misterne tkanie piosenek z niezliczonych ścieżek gitar nie uchroniły przed nimi Shieldsa. Rozpoczynające płytę „She Found Now”mogłoby z powodzeniem znaleźć się na „Loveless”, ale nie ma tej siły, która cechowała kawałki z tamtego albumu. Podobnie „Who Sees You”, „If I Am”czy nawet wpadające w ucho „Only Tomorrow”.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png