"Oddfellows" Mike’a Pattona i jego projektu Tomahawk powinno być mocnym kandydatem do płyty roku
Od ostatniej płyty, w nagranie której zamieszany był Mike Patton, mija właśnie dobre pół roku. Dla tego cierpiącego na nadmiar energii muzyka to cała wieczność. Bez obaw jednak, bo Patton nie zmaga się z artystyczną niemocą. Przeciwnie – jest w formie, w jakiej dawno już nie był. Po prostu zbierał siły na nagranie nowego albumu supergrupy Tomahawk. Obok niego tworzą ją takie ikony muzyki niezależnej lat 90., jak: gitarzysta Duane Denison (The Jesus Lizard), John Stanier (perkusista Helmet i Battles) oraz Trevor Dunn (basista zespołów Fantomas i The Melvins), który właśnie dołączył do zespołu. Styl ich wspólnych poszukiwań jest – mówiąc oględnie – rockowy.
Przez ostatnie sześć lat muzykom Tomahawk nie było ze sobą po drodze. Tłumaczą się nawałem pracy przy innych projektach, ale to tylko część prawdy. Chłodne przyjęcie poprzedniej płyty, „Anonymous” (2007) przewróciło do góry nogami ich muzyczny świat. W efekcie nowe piosenki Tomahawka, po raz pierwszy w dziejach tego zespołu, wpadają w ucho. Co nie oznacza oczywiście, że nagrali płytę popową. Nic z tych rzeczy. Patton i spółka trzymają fason. Może to efekt tego, że muzycy po raz pierwszy nie rejestrowali osobno poszczególnych partii, ale grali wszyscy razem na tzw. setkę, czyli dając w studiu coś w rodzaju występu na żywo. Dzięki temu udało im się naładować nowe piosenki niebywałą energią i wskrzesić dzikiego ducha swoich koncertów. A było to o tyle trudne, że ostatni z nich dali aż 10 lat temu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.