Wojna z Rosją pokazała, jak bardzo Rzeczypospolitej potrzebny jest własny port. Traktat wersalski przyznał co prawda Polsce prawo do korzystania z portu w Wolnym Mieście Gdańsku, jednak gdy na początku sierpnia 1920 r. Armia Czerwona podchodziła pod Warszawę, rozwiązanie to omal nie doprowadziło do katastrofy.

W Gdańsku stał wówczas angielski parowiec „Triton” z ładowniami wypełnionymi tysiącami ton amunicji. Czekało na nią walczące polskie wojsko, jednak dokerzy odmówili rozładunku statku. Przyczyną była zarówno bolszewicka, jak i niemiecka agitacja. Polskę uratowało 20 mln sztuk amunicji wysłanych przez rząd węgierski, które 12 sierpnia, dosłownie w ostatniej chwili, dotarły pociągiem do Skierniewic i umożliwiły przeprowadzenie zwycięskich kontrataków.

Morskie okno na świat

Ponoć to właśnie historia z „Tritonem” zaważyła bezpośrednio na podjętej jesienią 1920 r. decyzji polskiego rządu o rozpoczęciu inwestycji w Gdyni, wówczas niewielkiej rybackiej osadzie w dolinie rzeki Chylonki. Naturalnie osłonięte z dwóch stron miejsce doskonale nadawało się na ten cel i już 300 lat wcześniej hetman Stanisław Koniecpolski rekomendował je królowi Władysławowi IV. 23 września 1922 r. Sejm RP przyjął ustawę w sprawie budowy, 29 kwietnia 1923 r. wmurowano kamień węgielny pod budowę portu wojennego, a 13 sierpnia przy drewnianym jeszcze molu przeładunkowym zacumował pierwszy pełnomorski statek pod obcą banderą, francuski SS „Kentucky”. W czerwcu 1924 r. odbyło się uroczyste otwarcie tymczasowego portu w Gdyni.

Port i doprowadzona do niego linia kolejowa okazały się błogosławieństwem w 1926 r., gdy Wielką Brytanię, głównego eksportera węgla na rynek skandynawski, sparaliżował wielki strajk górników. Śląsk dusił się w tym czasie od nadmiaru surowca z powodu trwającej od roku wojny celnej z Niemcami. W Szwecji polski węgiel miał zaledwie 3-proc. udział w rynku, jednak dzięki Gdyni i budowie magistrali węglowej dwa lata później wynosił on już 35 proc. – niemal tyle samo, co brytyjski. Jednocześnie rozpoczął się burzliwy rozwój miasta, które stało się najważniejszą metropolią liczącego 140 km polskiego wybrzeża. W czasie pierwszego spisu powszechnego w 1921 r. Gdynia miała zaledwie 1268 mieszkańców – 18 lat później było to już 127 tys.; sto razy więcej.

W 1925 r. do Gdyni zawinęło 157 statków, rok później – 601, a w ciągu kolejnych kilku lat liczba ta podwajała się z każdym rokiem. Dzięki Gdyni rozpoczęło się też tworzenie polskiej floty handlowej; w styczniu 1927 r. podniesiono banderę na SS „Wilno”, pierwszym z pięciu parowców Żeglugi Polskiej. Miasto wyrosło na najbardziej dynamiczny port na Bałtyku. I nie tylko; w połowie 1939 r. w Gdyni przeładowywano 7,2 mln ton towarów rocznie, podczas gdy w Gdańsku – 6,4 mln ton, a w Bremie i Marsylii – po 6 mln ton.

VIS – symbol polskiej jakości

W 1918 r. odrodzona Rzeczpospolita nie miała żadnej fabryki broni, a odziedziczone przez Wojsko Polskie po zaborcach lub kupione za granicą uzbrojenie strzeleckie stanowiło prawdziwy galimatias typów i kalibrów. Sytuacja ta w ogromnym stopniu komplikowała działania na froncie wojny z bolszewikami. Po jej zakończeniu jednym z głównych zadań stało się więc zarówno wybudowanie własnych fabryk broni, jak i ujednolicenie uzbrojenia.

Polscy inżynierowie nie mieli doświadczenia w projektowaniu pistoletów i karabinów. W drugiej połowie lat 20. Departament Uzbrojenia WP rozpoczął więc przymiarki do zakupu licencji. Ostatecznie w 1929 r., po wielu testach, zatwierdzono wybór 13-strzałowego belgijskiego browninga. I wtedy nieoczekiwanie pojawiła się propozycja z Państwowej Wytwórni Uzbrojenia z Warszawy. Projekt wyglądał na tyle dobrze, że umowa z Belgami została odłożona do czasu zbudowania prototypu.

Pracujący w PWU inżynier i ekspert balistyczny, Piotr Wilniewczyc, zaprojektował pistolet wzorowany na siedmiostrzałowym Colcie M1919, wprowadzając w nim kilka usprawnień. Następnie zaprosił do współpracy inż. Jana Skrzypińskiego z Państwowej Fabryki Karabinów oraz inż. Feliksa Modzelewskiego. W styczniu 1931 r. do Urzędu Patentowego trafił wniosek na „pistolet samoczynny WiS” (inicjały nazwisk Wilniewczyca i Skrzypińskiego), a miesiąc później powstały egzemplarze do testów.

W lecie 1931 r., po oddaniu sześciu tysięcy strzałów, eksperci z wojskowego instytutu w Zielonce pod Warszawą potwierdzili wysoką celność i niezawodność pistoletu oraz zasugerowali poprawki, które zostały wprowadzone w kolejnych prototypach. W efekcie powstała niezwykle celna i niezawodna broń. W Ministerstwie Spraw Wojskowych zapadła decyzja o przyjęciu pistoletu do uzbrojenia WP przy jednoczesnej zmianie jego nazwy na VIS, co po łacinie znaczy „siła”.

VIS został zatwierdzony do seryjnej produkcji w sierpniu 1935 r., a jako miejsce jego wytwarzania wybrano Fabrykę Broni w Radomiu. Niezwykle rygorystyczna była kontrola jakości. Jedno z badań polegało na losowym wybraniu pięciu pistoletów z partii 500 i zamianie części między nimi. Tak złożona broń powinna działać bez żadnych zacięć. Jeśli było inaczej, wszystkie 500 sztuk zwracano fabryce do poprawki.

Z zamówionych 90 tys. VIS-ów do wybuchu wojny udało się wyprodukować ok. 49 tys. sztuk. W czasie okupacji ponad 300 tys. wyprodukowali Niemcy dla Wehrmachtu (pod nazwą Pistole 35p), przenosząc produkcję luf, a potem całego pistoletu do zakładów w austriackim Steyr i obniżając znacznie standardy kontroli jakości. Jednocześnie w Radomiu i tajnych warsztatach AK trwała konspiracyjna produkcja VIS-ów dla żołnierzy podziemia.

Wynalazek, który zmienił bieg wojen

W czasie wojny z bolszewicką Rosją znaczącą, choć mało znaną rolę odegrała polska broń pancerna. Stanowiło ją 120 czołgów Renault FT-17, należących do 1 Pułku Czołgów Armii Polskiej gen. Hallera we Francji i sprowadzonych do kraju. Dawało to wówczas wojskom Rzeczypospolitej czwarte miejsce na świecie pod względem posiadanych sił pancernych, a polskie czołgi przeprowadziły kilka zwycięskich szarż na wroga, m.in. pod Bobrujskiem i Dyneburgiem na Łotwie.

Po zakończeniu wojny, posiłkując się jej doświadczeniami, Polska rozpoczęła własny program rozwoju broni pancernej. Od 1931 r. w fabryce Ursus pod Warszawą produkowana była na licencji firmy Vickers-Armstrong TK-3 – 2,5-tonowa, dwuosobowa tankietka, wyposażona w ciężki karabin maszynowy. Trwały też prace nad jej następcą – tankietką TKS. Jednym z uczestników tego projektu był inżynier Rudolf Gundlach, specjalista od optyki, który wpadł na rewolucyjny wówczas pomysł, by wyposażać pojazdy pancerne w peryskopy, co w ogromnym stopniu zwiększało możliwości obserwacji pola walki.

Tak powstał oparty na dwóch pryzmatach peryskop, który po raz pierwszy dał czołgistom możliwość obserwacji pola walki pod kątem 360 stopni. Dla broni pancernej to był przełom. Wojsko zatwierdziło wynalazek i w lutym 1935 r. wniosek patentowy na polski „peryskop odwracalny dla uzbrojonych pojazdów” został złożony w Belgii, a w styczniu 1936 r. w Stanach Zjednoczonych. W czerwcu 1936 r. Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło decyzję o rozpoczęciu produkcji peryskopu G wz. 34 (inicjał pochodzi od nazwiska wynalazcy). Zlecenie na wyprodukowanie 500 sztuk otrzymała lwowska Fabryka Przyrządów Mierniczych Jana Bujaka.

Jednocześnie trwały prace nad pierwszym dużym polskim czołgiem – 7TP (nazwa była skrótem od „7-tonowy, polski”). Wzorem był brytyjski Vickers E, jednak polscy inżynierowie wprowadzili w jego konstrukcji tyle udoskonaleń, że powstała zupełnie nowa broń. 7TP został wyposażony – jako pierwszy na świecie – w silnik Diesla, co ze względu na mniejszą palność oleju napędowego znacznie zwiększało bezpieczeństwo załogi. Wozy dowódców plutonów, kompanii i batalionów miały miejsce na zamontowanie nowoczesnych radiostacji N2. Budowano je w Państwowych Zakładach Tele- i Radiotechnicznych, gdzie pracował m.in. inżynier Henryk Magnuski, późniejszy wynalazca mobilnej radiostacji walkie-talkie. W pracach nad TP7 uczestniczył też inż. Mieczysław Bekker, późniejszy wynalazca pojazdu księżycowego Lunar Rover Vehicle dla misji Apollo.

Dodanie peryskopu czyniło z 7TP jedną z najlepszych wówczas maszyn bojowych na świecie. Ok. 150 czołgów i ponad 200 tankietek nie było jednak w stanie przeciwstawić się we wrześniu 1939 r. znacznie większym niemieckim i sowieckim siłom. Przekazanie licencji Brytyjczykom zmieniło jednak losy wojny. Firma Vickers-Armstrong uruchomiła produkcję wynalazku Gundlacha pod nazwą Vickers Tank Periscope Mk IV, wyposażając w niego brytyjskie czołgi Crusader, Churchill, Valentine i Cromwell, których wyprodukowano 25 tys. Dzięki tym maszynom możliwe były pierwsze zwycięstwa nad niemieckimi wojskami na pustyniach Afryki Północnej. Dane techniczne peryskopu otrzymali też Amerykanie, którzy uruchomili jego produkcję, wyposażając w niego m.in. czołgi Sherman.

Od zera do poziomu światowego

Wojna z lat 1919–1920 pokazała też rosnące znaczenie lotnictwa. Pierwsze eskadry na froncie walk z bolszewikami stanowili walczący na poniemieckich, poaustriackich lub francuskich maszynach weterani wojny z Ukrainą, powstańcy wielkopolscy i amerykańscy ochotnicy. Sprawą kluczową było jednak stworzenie własnych konstrukcji. Było to wyzwanie o tyle niezwykłe, że Polska nie miała wówczas żadnej fabryki samolotów, tymczasem lotnictwo było jedną z najbardziej technologicznie zaawansowanych dziedzin techniki.

Chociaż w dwudziestoleciu międzywojennym tworzono przemysł lotniczy od zera, wykształcona wówczas kadra konstruktorów w ciągu zaledwie kilkunastu lat osiągnęła poziom światowy. Duży wpływ miały na to niezwykle popularne w latach 30. XX wieku Międzynarodowe Zawody Samolotów Turystycznych Challenge. Zwycięstwo w tej elitarnej rywalizacji Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury w 1932 r. oraz powtórzenie tego sukcesu dwa lata później przez ekipę Jerzy Bajan – Gustaw Pokrzywka było przepustką dla polskich konstruktorów maszyn PZL i RWD do światowej pierwszej ligi.

Na bazie tych doświadczeń powstały nowe, przełomowe konstrukcje, takie jak bombowiec PZL-37 Łoś autorstwa inżyniera Jerzego Dąbrowskiego. Potrzeba zmieszczenia w niewielkim samolocie dużego ładunku bomb zaowocowała wynalazkiem pierwszego na świecie skrzydła o profilu laminarnym. Oblatanie zbudowanych w fabryce na Okęciu „Łosi” potwierdziło ich doskonałe własności aerodynamiczne. Wyposażenie samolotu we francuskie silniki o mocy 1050 KM nadawało mu prędkość aż 490 km na godzinę, która była poza zasięgiem nawet ówczesnych myśliwców.

Jak na swoje możliwości bojowe „Łoś” był samolotem niezwykle małym. Mogąca zabrać 2,6 tony bomb maszyna miała jedynie 13 metrów długości i 18 metrów rozpiętości. Laminarny profil skrzydła postanowiono zastosować w kolejnych konstrukcjach: myśliwsko-szturmowym PZL-38 „Wilk”, PZL-46 „Sum”, PZL-48 „Lampart”, PZL-50 „Jastrząb”, stanowiącym rozwinięcie „Łosia” PZL-49 „Miś”, pasażerskim PZL-44 „Wicher” oraz projektowanym latem 1939 r. myśliwcu PZL P.62. Zakończenie modernizacji polskiego lotnictwa w oparciu o te maszyny planowano na kwiecień 1942 r. Prace, które miały doprowadzić do stworzenia jednej z najnowocześniejszych powietrznych flot bojowych świata przerwała napaść Niemiec i Związku Radzieckiego na Polskę.

Największa inwestycja II Rzeczypospolitej

Wojna z bolszewikami i konieczność importu niemal całego uzbrojenia i amunicji uświadomiła Polakom konieczność budowy własnego przemysłu zbrojeniowego. W 1922 r. władze wojskowe stworzyły plan „trójkąta bezpieczeństwa” w widłach Wisły i Sanu, od południa otoczonego łańcuchem Karpat. Teren był położony poza zasięgiem ówczesnych rosyjskich i niemieckich bombowców, dlatego właśnie tam postanowiono stworzyć centrum przemysłowe i zbrojeniowe Polski.

Początkowo ze względów praktycznych przemysł zbrojeniowy zaczął jednak koncentrować się w stolicy. Działały w niej m.in. Państwowe Wytwórnie Uzbrojenia, Państwowe Zakłady Lotnicze i Państwowe Zakłady Inżynierii, a także wiele firm prywatnych. Przez długi czas plany „trójkąta bezpieczeństwa” pozostawały na papierze, przede wszystkim ze względu na małą atrakcyjność inwestycyjną odległych rejonów Małopolski, problemy z zaopatrzeniem w prąd i surowce, a także niechęć kadry inżynierskiej do wyprowadzania się ze stolicy i innych dużych miast na prowincję. Konieczność państwowych inwestycji oraz planowania gospodarczego na skalę całego kraju stała się jednak widoczna w czasie Wielkiego Kryzysu.

W 1933 r. znane były już pozytywne efekty amerykańskiego New Dealu, ogłoszonego przez prezydenta USA, Franklina D. Roosevelta. Ten wspierany z budżetu państwa program wielkich inwestycji miał pobudzić pogrążoną w recesji amerykańską gospodarkę, szczególnie w miejscach o rolniczym charakterze, które w czasie kryzysu ucierpiały najmocniej. Kiedy więc w 1935 r. inżynier Eugeniusz Kwiatkowski objął funkcję wicepremiera i ministra skarbu, zaczął krystalizować się projekt Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Planu polskiego New Dealu nie stworzył jednak on sam, a bracia Paweł i Władysław Kosieradzcy. Pierwszy był inżynierem, wicedyrektorem w warszawskiej Fabryce Karabinów, drugi ekonomistą i prawnikiem. Razem opracowali plan rozwoju gospodarczego na lata 1936–1940, który zakładał rozproszone po całym kraju inwestycje. W czasie dyskusji z min. Kwiatkowskim cała trójka doszła jednak do wniosku, że ze względu na ograniczone środki należy skupić je w jednym rejonie. Tak wrócono do pomysłu „trójkąta bezpieczeństwa”, planując jego rozszerzenie na sąsiednie województwa i wprowadzając nazwę Centralny Okręg Przemysłowy.

COP miał powstać na terenie części województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego i lwowskiego, obejmując obszar 60 tys. km², zamieszkałych przez 6 mln ludzi. Jego centrum stanowił Sandomierz i zbudowane w jego sąsiedztwie nowe miasto – Stalowa Wola. Prace rozpoczęto w 1937 r. z wielkim rozmachem. W Stalowej Woli powstawała huta i zakłady zbrojeniowe, w Dębicy fabryka kauczuku syntetycznego i opon „Stomil”, w Lublinie fabryka samochodów, w Mielcu i Rzeszowie zakłady lotnicze, w Starachowicach i Radomiu fabryki broni. Rozpoczęto też budowę kilku elektrowni wodnych, m.in. w Czorsztynie, Rożnowie, Porąbce, Solinie, Myczkowcach i Łukawcu oraz gazociągu z Gorlic do Ostrowca.

Inwestycje, których wartość wynosiła 1 mld ówczesnych złotych, ruszyły jednocześnie w ponad 40 miejscowościach. M.in. dzięki nim w ciągu kolejnych trzech lat gospodarka Polski rosła o 10 proc. rocznie, a pracę w przemyśle znalazło 110 tys. ludzi. Do 1939 r. udział przemysłu w PKB zwiększył się do 50 proc. z 30 proc. dekadę wcześniej, a ukończonych było tylko 26 z 36 zaplanowanych fabryk, hut i elektrowni.

Magazyn DGP z 14 sierpnia 2020

Magazyn DGP z 14 sierpnia 2020

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Motorem COP był przemysł zbrojeniowy, w tym fabryki samolotów, broni i amunicji. Na deskach kreślarskich powstawały projekty nowoczesnych myśliwców, karabinów, dział i czołgów, które do 1942 r. miały zmienić polskie wojsko w nowoczesną armię.

W grudniu 1938 r. wicepremier Kwiatkowski przedstawił w Sejmie perspektywiczny plan gospodarczy na 15 lat. Jego celem miała być likwidacja gospodarczego podziału kraju na Polskę A i Polskę B w latach 1952–1953, przy czym Polska B obejmowała wówczas ponad połowę terytorium Rzeczypospolitej – województwa białostockie, wileńskie, poleskie, nowogródzkie, wołyńskie, tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie. Tam także planowano duże inwestycje, m.in. elektrownie wodne na Dniestrze, gazociągi z zagłębia borysławskiego i fabryki celulozy na Polesiu. Ten najbardziej ambitny plan gospodarczy w historii Polski przerwała wojna.