- Wejście do groty, gdzie jest smok, wymaga heroizmu, ale wejście do groty, w której nie wiemy, co jest, to heroizm niewyobrażalny. Nikt nie mógł przewidzieć, czy w partii nie zwycięży opcja, by przykładnie ukarać stocznię - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem Jerzy Eisler historyk, profesor nauk humanistycznych, dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie.
Dziennik Gazeta Prawna
Nie o porozumieniach, długopisie z papieżem i Matce Boskiej w klapie?
Reklama
Nie.
Znakomicie!

Reklama
Był czwartek, 14 sierpnia...
DGP
A sierpień 40 lat temu był paskudny, zimny i deszczowy.
W Stoczni im. Lenina dzień jak co dzień.
I trzech stoczniowców – Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński – zaczyna strajk.
Kto rzucił hasło: „Strajkujemy!”?
Padło na którymś ze spotkań Wolnych Związków Zawodowych…
Słynnych WZZ-ów.
Które powstały wiosną 1978 r. w Gdańsku. Założyli je bracia Krzysztof i Błażej Wyszkowscy, małżeństwo Gwiazdów, Bogdan Lis, był wśród nich pracujący do 1976 r. w stoczni Lech Wałęsa i była oczywiście Anna Walentynowicz. Łącznikiem WZZ z KOR-em był należący od obu organizacji Bogdan Borusewicz.
Ktoś prócz Walentynowicz pracował w stoczni?
To nie była sformalizowana organizacja z legitymacjami, więc nie wiem, czy tacy ludzie jak Borowczak, Felski czy Prądzyński byli przed strajkiem członkami WZZ.
Ale to ta trójka rozpoczęła strajk, który – co tu gadać – zmienił Polskę.
Oni 14 sierpnia od rana biegali po wydziałach, rozdawali ulotki i zachęcali do strajku, bo chodzi o panią Anię, o upamiętnienie Grudnia ’70 i oczywiście o pieniądze, czyli rekompensatę za lipcowe podwyżki cen.
Pani Ania to Anna Walentynowicz.
Robotnica, wcześniej spawaczka, wtedy suwnicowa. Zwolniono ją ze stoczni tydzień wcześniej, 7 sierpnia, pod bzdurnymi zarzutami, a tak naprawdę dlatego, że od 1978 r. działała w Wolnych Związkach Zawodowych.
Strajkujący wierzyli, że władza się ugnie?
Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem. Myślę, że na początku chodziło o załatwienie kilku postulatów: przywrócenie do pracy pani Ani, rekompensata do pensji za podwyżki, może wybudowanie pomnika ofiar Grudnia ’70. Na to mogli liczyć, ale wśród tych żądań było też powstanie wolnych związków zawodowych.
I to już była rewolucja.
To był postulat stary, jeszcze z grudnia 1970 r., tylko że wtedy można to było jeszcze załatwić jakąś kosmetyką w Centralnej Radzie Związków Zawodowych, a 10 lat później żadne tasowanie kart nikogo już nie interesowało.
Na razie nie pojawia się w naszej rozmowie nazwisko Wałęsy.
Na spotkaniu WZZ ustalono, że 14 sierpnia dołączy do strajkujących i rzeczywiście dołączył.
Jak?
…(westchnienie)
Jak Lech Wałęsa dostał się do Stoczni Gdańskiej?
Wzdycham, bo nikt nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na proste pytanie, czy on przeskoczył przez płot, czy został do stoczni przewieziony przez motorówkę Marynarki Wojennej...
Skąd te wersje?
Pierwszą podaje sam Wałęsa, choć nie bardzo pamięta, w którym miejscu miał skakać. Przez lata kluczył, podawał kilka wariantów.
A motorówka?
Tu opieramy się wyłącznie na słowach Anny Walentynowicz z końca lat 90. Nie ma żadnych dowodów na to, że tak było.
I historyk jest bezbronny?
Rzecz jest na poziomie mitów, bo każdy wierzy, w co chce, a historyk ma badać fakty. Co jednak zrobić, gdy świadkowie przyrzekają, że na własne oczy widzieli, jak skakał albo jak go przywozili?
To co wiemy na pewno?
Że 14 sierpnia Wałęsa spóźnił się na strajk, ale w końcu do niego dołączył.
Zostańmy przy nim na chwilę. Wiemy, że dziesięć lat wcześniej, w 1970 r., strajkował w stoczni, a potem został TW „Bolkiem”.
Wzięli go wówczas na komendę wojewódzką milicji i tam podpisał zobowiązanie do współpracy z SB. Został wyrejestrowany w 1976 r. z powodu niechęci do współpracy.
Ludzie z WZZ wiedzieli o jego współpracy?
Dziś trudno dociec, bo jedni powiedzą, że wiedzieli od początku, inni, że Wałęsa to zataił. On się przyznawał, ale bagatelizował to od początku.
Mamy więc strajk.
Wielokrotnie pytano stoczniowców o ich motywacje, ale odpowiedzi kręcą się zawsze wokół dość banalnej frazy: „Żeby było lepiej”.
Bali się?
Na pewno, choć do tego nikt się nie chce przyznać.
Czego się bali?
To jest Gdańsk, tam wszyscy pamiętali, co się stało w grudniu 1970 r. Nawet 20-, 30-latkowie mieli w oczach sceny masakry. Przecież teraz mogło być tak samo.
To było najgorsze?
Najgorszy był strach przed nieznanym. Wejście do groty, gdzie jest smok, wymaga heroizmu, ale wejście do groty, w której nie wiemy, co jest, to heroizm niewyobrażalny. Ta władza nieraz pokazała, że potrafi skrzywdzić, ale była w tym nieobliczalna. Mogła tylko pogrozić palcem i wypuścić, ale mogła też w błahej sprawie złamać życie albo je nawet odebrać.
Wróćmy do 14 sierpnia. Imieniny Elżbiety i Alfreda.
A w stoczni strajk. Zakład zostaje zamknięty i rozpoczynają się rozmowy. Tych słynnych 21 postulatów spisanych na tablicy jeszcze nie ma. Do tych początkowych, rzuconych przez WZZ, robotnicy zaczęli dopisywać swoje i po kilku godzinach było ich bodajże 157. Uciął to Wałęsa.
Wałęsa?
On stawał się nieformalnym liderem strajku.
Jak zareagowały władze?
Ustępstwami. Dyrekcja stoczni mogła co najwyżej dać podwyżkę, co zrobiła, ale już sprawę pomnika poległych w Grudniu’70 – na początku zresztą mówiono o skromnej tablicy – musiała skonsultować z Komitetem Wojewódzkim, a ten z centralą. Okazało się, że w zasadzie na wszystko jest zgoda. Pomnik miał stanąć na terenie Stoczni, pojechano samochodem po Annę Walentynowicz, którą przywrócono do pracy, Wałęsę zresztą również, i w zasadzie wszystko zostało załatwione.
Czyli wracamy do roboty?
Skoro poszło jak z płatka, to już po dwóch dniach, 16 sierpnia, nastąpiło rozprzężenie. Przypomnę, że nikt nie mógł przewidzieć, czym to się skończy, czy w kręgach partii nie zwycięży opcja, by przykładnie ukarać stocznię. Pojawiły się głosy, że odnieśliśmy sukces, zgodzili się na wszystko, więc chodu, więc w nogi.
Nikt tak o tym nie mówi.
Bo to nie pasuje do pięknej legendy, ale jakże to było ludzkie i jakże trafne! Ci ludzie naprawdę się bali, mogli myśleć, że następnego dnia rano zaczną do nich strzelać, tak po prostu, tak jak w 1970 r.
Dlaczego władze tak łatwo na wszystko się zgodziły?
W każdym proteście była jedna stała – partia łatwo godziła się na wszelkie postulaty ekonomiczne, a jeszcze łatwiej na nieweryfikowalne, typu „Poprawić stan służby zdrowia” czy „Zwiększyć budownictwo mieszkaniowe”. Gorzej było z tymi, które choć socjalne, ocierały się o politykę, choćby ten, by zrównać zasiłki rodzinne z tymi, które mają milicjanci i żołnierze, ale i to można było jakoś załatwić.
Co było trudniejsze?
Radiowa msza w niedzielę, ale i na to przyszła zgoda z Kremla, więc Warszawa dała zielone światło.
Ale były jeszcze postulaty jednoznacznie polityczne i tu był kłopot.
Ewidentnie najbardziej kontrowersyjny był postulat powołania wolnych związków zawodowych, ale w pierwszych dniach nie stawiano go na ostrzu noża. Po kilku dniach negocjacji władza zaproponowała kompromis, by słowo „wolne” zastąpić „niezależnymi i samorządnymi”. Nam to może się wydawać niezrozumiałe, ale w realnym socjalizmie słowo „wolne” bardzo źle się kojarzyło, bo pokazywało, że te pozostałe wolne nie są.
Wcześniej jednak mamy sobotę, 16 sierpnia.
I Wałęsa mówi, że kończymy strajk. Wielu przyjmuje to z ulgą, ale – jak w każdej romantycznej historii – pojawiają się kobiety, czyli Anna Walentynowicz i młoda, dwudziestokilkuletnia pielęgniarka, działaczka WZZ Alina Pienkowska. Być może była z nimi tramwajarka Henryka Krzywonos, ale są tacy, którzy twierdzą, iż widzieli ją wtedy w zupełnie innym miejscu.
Na pewno były te dwie: Walentynowicz i Pienkowska.
Stają naprzeciw wychodzących robotników i zawracają ich. Rugają Wałęsę, stawiają go do pionu, a on szybko się do nich przyłącza.
O co poszło?
O to, że już wtedy strajk w solidarności ze Stocznią Gdańską podjęły też inne, mniejsze zakłady i one zostałyby pozostawione same sobie, spacyfikowaliby je.
Skończyło się powrotem robotników do stoczni.
W nocy dotarli tam reprezentanci 23 zakładów pracy i powołano Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z Wałęsą na czele. I tu się dopiero pojawiło te 21 postulatów, które na tablicach zapisali Aram Rybicki i Maciej Grzywaczewski.
Komuniści przyglądają się temu ze spokojem?
Gierek jest na wakacjach na Krymie i naciska na niego Breżniew, który zarzuca mu brak zdecydowania. Odpowiada mu, że wszystko jest pod kontrolą, że jak wróci, to sytuacja się ustabilizuje. On naprawdę wierzył, że uda się to jakoś przetrzymać i będzie po staremu.
Kiedy zgodzili się na Solidarność?
Nie ma takiej radzieckiej deklaracji.
Spytałem, kiedy oni się zgodzili, a pan od razu o Moskwie.
Bo ona była ważniejsza i to jej zdanie decydowało. Towarzysze radzieccy powołali zespół polski, którym kierował Michaił Susłow…
…czyli główny ideolog odpowiadający za armię i KGB.
Oprócz niego była tam cała wierchuszka Biura Politycznego z Gromyką i Kosyginem. Towarzysze zbierali się codziennie i debatowali, co zrobić z Polską, a Gierek codziennie ich zapewniał, że opanuje sytuację.
Liczyli się z tym, że będą musieli wkroczyć?
Zbrojna interwencja to dla nich było zawsze najgorsze rozwiązanie, pamiętali Węgry w 1956 r. i Czechosłowację w 1968 r. Dlatego tak bardzo zasłużył się dla nich gen. Jaruzelski, wszak w Warszawie zapanował porządek i nie została przelana ani kropla radzieckiej krwi.
Wróćmy do Gierka.
Który musi szybko wracać z wakacji na Krymie, ale to mu już nie pomaga. Najpierw, jeszcze przed podpisaniem porozumień, stanowisko traci premier Babiuch, dwa tygodnie później ustąpić musi sam Gierek. Zastępuje go Stanisław Kania, wówczas sekretarz KC odpowiadający za sprawy wojska i aparat bezpieczeństwa. Spytałem go o jakąś jego bardzo ostrą wypowiedź z tamtych czasów, na co odpowiedział mi tak: „Jeśli w czasie kryzysu założy się, że na pewno nie będzie się strzelało, to można używać najgorszych, najbardziej plugawych słów, bo one nie zabijają”.
Ale komuniści nie wykluczali wariantu siłowego?
Z jednej strony w stoczni negocjuje wicepremier Jagielski, zaś z drugiej – pod Gdańskiem zbiera się ponad 10 tys. funkcjonariuszy ZOMO i milicji. Nikt wtedy nie wykluczał, że to się może skończyć jak w grudniu 1970 r.
Jagielski przyjechał do stoczni dopiero po jakimś czasie.
Najpierw władze chciały zignorować powstanie w stoczni Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Mieli jeździć od fabryki do fabryki i dokonać wyłomu. Proponowali, że dadzą nawet większy dodatek, jeśli przerwą strajk już teraz, nie czekając na Gdańsk. Takie tournée po zakładach pracy z pominięciem stoczni zrobił wicepremier Pyka.
Skończyło się klapą.
Dopiero wtedy przyjechał do stoczni Mieczysław Jagielski. W Gdańsku pojawili się też doradcy Solidarności, najpierw Mazowiecki z Geremkiem, którzy przywieźli list 64 intelektualistów wzywający władze do negocjacji ze strajkującymi.
Tak doszło do sojuszu inteligencji z robotnikami.
To się stało dzięki strajkującym w Gdańsku, bo w Szczecinie 18 sierpnia też powstał MKS, ale tam na teren stoczni nie wpuszczono ani zagranicznych dziennikarzy, ani doradców.
Marian Jurczyk, TW „Święty”, na czele strajku w Szczecinie, Lech Wałęsa, TW „Bolek”, w Gdańsku. Przypadek?
A skąd wiemy, że tylko ci dwaj, może było ich więcej? Możemy też dopytywać, jakie znaczenie miała dla Solidarności przeszłość Geremka i Mazowieckiego. Ja sądzę, że minimalne, ale wielu się ze mną nie zgodzi.
Nie odpowiedział pan na pytanie.
Bo nie można dać na nie jednoznacznej odpowiedzi. Jakie znaczenie miała dla strajku przeszłość Jurczyka czy zerwana cztery lata przed strajkiem współpraca Wałęsy? O to się będą spierać historycy.
W Gdańsku pojawili się doradcy, ale nie było wśród nich twórcy KOR Macierewicza czy Moczulskiego z KPN.
Byli intelektualiści z nurtu, który możemy nazwać ostrożnym, umiarkowanym. To też spowodowało, że rozmowy z Jagielskim były łatwiejsze. A Macierewicz? Naprawdę nie wiem, czy próbował się dostać, ale go tam nie było, zadziałał dobór środowiskowy.
Jak zaczniemy mówić o przyczynach Sierpnia, to cofniemy się do 1945 r. Po prostu był komunizm. Dlaczego to runęło akurat za Gierka?
Socjologowie i politolodzy zauważają, że rewolucje bardzo rzadko wybuchają, gdy śruba jest dokręcona do końca. Za to gdy rządzący liberalizują, popuszczają, łagodzą – określenia na zmniejszenie terroru mogą być różne – wybucha bunt. Poznański Czerwiec ’56 jeszcze pięć lat wcześniej byłby niemożliwy do wyobrażenia.
Zastrzeliliby wszystkich?
Zapewne utopiliby Poznań we krwi. A Gierek dał ludziom żyć. Ta słynna konsumpcja przybierała różne formy, choćby taką, że w pochodzie pierwszomajowym 1971 r. pracownicy Radiokomitetu nieśli transparent „Jeśli rząd nam dopomoże, zobaczymy się w kolorze”. I co? Już 6 grudnia tego roku przeprowadzono pierwszą transmisję w kolorze z otwarcia VI zjazdu PZPR, a telewizorów kolorowych w Polsce było pewnie ze 100, może 200.
Byle czerwony odbierały.
Z mojej pierwszej podróży na Zachód przywiozłem litrową butelkę coca-coli i dawałem każdemu do spróbowania po kieliszeczku. I co? Zaraz potem coca-cola pojawia się w polskich sklepach!
Moi rodzice na randce zobaczyli pierwszy raz w życiu banany i nie wiedzieli, jak to jeść.
Możemy się ze wszystkiego śmiać, ale Polacy odczuli wyraźną ulgę po Gomułce. Do połowy gierkowskiej dekady są kredyty, jest dobrze.
I zaczyna się psuć.
Centralna gospodarka nie nadąża, brakuje cukru, mięsa, masła. Wie pan, jak tłumaczono nazwę papierosów Klubowe? To był list Gierka do Breżniewa: „Kochany Leonidzie, U nas Bieda, Oddaj Wieprzka Eda”. A od tyłu była odpowiedź Breżniewa: „Edziu, Wiesz, Olimpiada Była Udana, Lecz Kosztowna”.
Pamiętałem to z dzieciństwa, ale nie chciałem panu psuć zabawy.
(śmiech) Jednocześnie wypala się ideologiczna wiara w realny socjalizm, następuje umasowienie PZPR – z dwóch do trzech milionów członków – i jej unarodowienie.
Partia się rozwadnia i traci czujność?
A jakby tego było mało, w 1978 r. papieżem zostaje Karol Wojtyła. Zna pan dowcip o tym, jak dziennikarze pytają Gierka, czy cieszy się z wyboru Wojtyły?
Znam.
Ale i tak opowiem czytelnikom. Gierek odpowiada: „Cieszę się, oczywiście”. „No ale, towarzyszu I sekretarzu, tak naprawdę?” „Cieszę się”. „Towarzyszu, my tak prywatnie pytamy, tak szczerze…” „Tak szczerze, to wolałbym, by wybrali Babiucha”.
Ale nie było im wesoło.
Zwłaszcza po pielgrzymce papieża w roku 1979. Ludzie zobaczyli na placach tłumy im podobnych, którzy przyszli tam dobrowolnie. Tego się nie da przecenić.
Czyli mamy narastający kryzys i Polaków poruszonych papieską wizytą.
I jeszcze coś, czyli zorganizowaną, jawną opozycję. To już nie była konspiracja, bo KOR czy krakowski SKS podawały w gazetkach nazwiska, adresy i numery telefonów. To dodawało odwagi, pomagało przełamać barierę strachu.
1 lipca 1980 r. wprowadzają podwyżki cen. O dziwo, nie kończy się jak w 1976 r., czyli że władza ogłasza podwyżki i jej podpalają komitet.
Bo tych podwyżek nie ogłoszono! Wyciągnięto lekcję z lat 1970 i 1976. Ot, po prostu ludzie orientują się we wtorek, 1 lipca, że wszystko podrożało.
Jak reagują Polacy?
Protestami: Ursus, Tczew, znane już strajki w Świdniku i Lublinie – w ponad 100 miastach robotnicy żądają podwyżek płac. Gdzieś chcą 400 zł, gdzie indziej 1 tys., a potem mówi się nawet o 2 tys. przy średniej pensji ok. 4 tys. zł.
Rzeczywiście przyspawano pociągi jadące do ZSRR?
Nie, to legendy, choć dobrze oddają nastroje społeczne. Ale w lipcu po raz pierwszy w PRL zastrajkowała kolej. Tego nie było nawet później, za Solidarności, bo w NRD stacjonowało 450 tys. żołnierzy radzieckich i szlaki komunikacyjne wiodły przez Polskę. Zablokowanie węzła PKP w Lublinie było szokiem nie tylko dla komitetu partii, ale też sztabu Armii Czerwonej w Polsce.
Można było tę falę strajków przemilczeć?
Próbowano. W prasie lokalnej wspominano o „przerwach w pracy”, bo przecież w socjalizmie nie było strajków. Jednym z największych osiągnięć strajku w Stoczni Gdańskiej było to, że zmusili delegację rządową do mówienia normalnym językiem, czyli przyznania, że strajk jest strajkiem.
Pan był wtedy w partii.
Wstąpiłem do niej w marcu 1977 r.
Dla kariery?
Chciałbym, ale byłem tak głupi, że w to wierzyłem.
W 1977 r. wierzył pan w realny socjalizm?
Przecież ja do partii cztery razy wstępowałem! W 1971 r. na uniwersytecie prof. Jarema Maciszewski mnie pochwalił i powiedział: „Towarzyszu, potrzebujemy takich, ale dajcie się najpierw poznać w ZMS-ie”. W 1975 r. próbowałem znowu, lecz wykpił mnie kolega z PZPR, mówiąc „No wiesz, inni zdecydowali się wcześniej”. Rok później pracowałem w szkole, ale nie przyjmowali, bo miałem tylko pół etatu. Dopiero w 1977 r. dopiąłem swego.
Był pan nieźle zaślepiony.
Jakiś rok, dwa lata później rozmawiałem z żoną i mówię jej, że jestem socjaldemokratą, a moi towarzysze to Willy Brandt, Olof Palme i Bruno Kreisky, na co Mariola spojrzała na mnie z politowaniem i odrzekła: „Nie ekscytuj się, twoi towarzysze to Leonid Breżniew, Gustaw Husak i Erich Honecker”.
Zawsze lubiłem pańską żonę.
Ona pana też. Mam bardzo mądrą żonę, oczywiście miała rację. Legitymację oddałem w grudniu 1981 r. Wie pan, ja o tym głośno mówię, ale to nie tylko był błąd, to było złe. Wstydzę się tego, żałuję i spowiadałem się z tego.
To był początek końca komunizmu w Polsce? To wytarte sformułowanie…
Ale prawdziwe, co do tego nie mam wątpliwości. Rozmawialiśmy o Stoczni Gdańskiej, ale sierpień 1980 r. to największa fala strajków w historii Polski. Ci, którzy nie przerwali pracy, też protestowali – cały Dolny Śląsk protestował, uznając za swoich reprezentantów MKS w Gdańsku, na drugim krańcu kraju! Stanęły też kopalnie i cały Górny Śląsk, cała Polska.
Ten fragment wywiadu dam do przeczytania moim nastoletnim dzieciom. Niech im pan wytłumaczy, że to było tak ważne.
40 lat temu w Polsce zaczęła się budowa czegoś, co doprowadziło do upadku komunizmu, wyzwolenia połowy Europy. To właśnie dzięki odwadze tych ludzi nie ma już Polski nie tylko biednej, lecz także zniewolonej, niesuwerennej. Dzięki nim możecie żyć tak, jak żyjecie, możecie jeździć na wakacje za granicę, mówić, co wam się podoba i oglądać coś więcej niż dwa kanały w telewizji.
Nie przypisujemy sobie zbyt wielkiej roli?
Wiem, że w zachodnich podręcznikach symbolem upadku komunizmu jest zburzenie Muru Berlińskiego. Wtedy jednak wszyscy wiedzieli, gdzie to się zaczęło. W 1989 r. jednym z najpopularniejszych haseł protestującej Czechosłowacji był napis „Polska – 10 lat, Węgry – 10 miesięcy, Czechosłowacja 10 dni”. Oni wiedzieli, gdzie i kiedy to się zaczęło.