PAP: Czego nowego czytelnicy dowiedzą się z tej biografii? Czy udało odkryć, wyjaśnić rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy o poetce, o jej życiu?

Izolda Kiec: Jest sporo nowych faktów dotyczących rodziny Ginczanki – jej dziadków i rodziców. Ujawniłam z moich dawnych rozmów i korespondencji ze znajomymi Ginczanki, albo po prostu rozszyfrowałam na podstawie świadectw literackich jej sympatie i miłości – zarówno młodzieńcze, jeszcze gimnazjalne, jak i te późniejsze, z okresu warszawskiego (piszę np. o adresacie jej ostatniego przedwojennego wiersza "Maj 1939"), wreszcie – staram się pokazać skomplikowaną sytuację osobistą Zuzanny w czasie okupacji – jej małżeństwo z Michałem Weinzieherem i związek z Woźniakowskim. Staram się na nowo spojrzeć na jej literacką karierę, na rolę Tuwima w debiucie Ginczanki, być może nieco przecenianą? Wreszcie rozjaśniam nieco okupacyjne losy Zuzanny Ginczanki, na podstawie świadectw: relacji i zachowanych dokumentów staram się zrekonstruować los Zuzanny najpierw we Lwowie, potem w Krakowie. Choć w tej części książki najczęściej mówię: nie wiem.

PAP: Jakie jest największe odkrycie tej biografii? A co pozostaje nadal niewiadomą, której być może nie uda się już rozwikłać?

I.K.: Nie umiem powiedzieć o jednym odkryciu, jeśli chodzi o fakty – dla mnie fascynujące było wszystko. Choćby odnalezienie ojca Zuzanny i zweryfikowanie legendy, o której sama kiedyś pisałam na podstawie relacji koleżanek gimnazjalnych Zuzanny, że Szymon Gincburg robił karierę w Hollywood. Otóż nie, ojciec Zuzanny wyjechał z Berlina do Nowego Jorku we wrześniu 1939 roku, nie miał nic wspólnego z aktorstwem, a historię Seniego Gardeniego-aktora stworzyła prawdopodobnie sama Zuzanna. Ale ważne były też drobiazgi, choćby fotografie jej babci i mamy.

Natomiast niewiadomą pozostaje kwestia aresztowania i śmierci Ginczanki. Być może nigdy nie dowiemy się, kto ją wydał, dlaczego zginęła – bo nawet tutaj relacje są sprzeczne. Wydaje się, że zginęła z powodu swojego pochodzenia. Ale relacjonuję też głos współtowarzyszki z celi Ginczanki, która twierdziła, że Zuzanna została rozstrzelana jako przyjaciółka komunisty (Woźniakowskiego), a nie jako Żydówka. Nie udało mi się ustalić kwestii obywatelstwa Ginczanki. Choć dotarłam do dokumentów, które potwierdzają, że dziadkowie oraz matka mieli obywatelstwo polskie, nie znalazłam potwierdzenia, że Zuzanna je otrzymała, ale też nie mam dowodów na to, że go nie miała.

PAP: W książce znalazły się też wiersze poetki. Czy możemy nazwać je w jakiś sposób autobiograficznymi?

I.K.: Nie, absolutnie nie. Wiersze Ginczanki nie mają w sobie nic z autobiografizmu. Więcej – z czasem poetka szyfruje jakikolwiek osobisty wymiar własnej poezji, czego widomym znakiem jest unikanie w późnych wierszach formy "ja" na rzecz "ty", "oni". Jeśli analizuję wiersze Ginczanki w biografii, to dlatego, że szukam jej osobowości, jej sposobu myślenia i odczuwania świata. Ponieważ nie chciałam poprzestawać na faktografii. Chciałam powiedzieć też coś więcej o osobowości Zuzanny.

PAP: Tytuł to cytat z wiersza. Dlaczego akurat taki?

I.K.: Jako charakterystyka Ginczanki – nieoczywistej, wciąż się wymykającej naszym wyobrażeniom i próbom opisu. Ale też trochę jako sprzeciw wobec stereotypowego postrzegania Zuzanny Ginczanki, jaki dostrzegam w artykułach jej poświęconych, w pracach artystów. Szczęśliwej kobiety sukcesu, feministki, nawet femme fatale. Jestem przeciwniczką zamykania, etykietowania, umieszczania w muzeum – ponownego uśmiercania, już po śmierci, tym razem w sensie symbolicznym, w ramach kulturowego dyskursu. W wersie z wiersza Ginczanki znalazłam jej wsparcie w takim sposobie myślenia: Nie upilnuje mnie nikt – czyli coś w rodzaju ostrzeżenia przed próbą zawłaszczeń.

PAP: Na zamieszczonym na okładce szkicu Ginczanka nie przypomina samej siebie ze znanych zdjęć.

I.K.: To jest dokument. Ostatni ślad Zuzanny. Portret wykonany w 1943 roku, a może na początku 1944, w Krakowie przez Andrzeja Stopkę (drugi szkic jest wewnątrz książki). Nie znamy innych wizerunków Ginczanki z tamtego czasu. To są unikaty. Także ważne odkrycie tej książki. Nie oceniam tego portretu (i drugiego autorstwa Stopki) w kategoriach artystycznych. On jest dramatyczny, poruszający, bo taki też być los Zuzanny w tamtej chwili. I taka była Zuzanna wówczas. Jestem bardzo szczęśliwa z powodu odkrycia tych portretów. One się znajdują w kolekcji prywatnej, otrzymałam jednorazową zgodę na ich publikację w biografii Ginczanki. Pomógł w uzyskaniu tej zgody profesor Lech Szajdak, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna.

PAP: Chciałam zapytać jeszcze o coś niebezpośrednio związanego z książką. Ginczanka stała się popularna dopiero w ostatnich latach, wcześniej była prawie zapomniana. Dlaczego akurat teraz ma tzw. "swoje pięć minut"?

I.K.: Ginczanka była zapomniana, ponieważ nie publikowano jej utworów. W 1953 roku Jan Śpiewak wydał tom jej wierszy wybranych i przez niemal 30 następnych lat nic więcej. Ale rozumiem, że pyta pani o niezwykłą popularność Ginczanki, o jej obecność nawet w ramach popkultury. Ta wiąże się, jak mi się wydaje, z lekturą jej wczesnych wierszy, młodzieńczych, pisanych w Równem Wołyńskim, tak naprawdę nieprzeznaczonych przez autorkę do druku. To jest ujawnienie nieznanego nam dotąd, zakazanego poniekąd świata zmysłów dojrzewającej dziewczyny – która obserwuje własną biologię, własne, zmieniające się ciało. Taki bunt piętnastolatek – o którym w sumie niewiele wiemy z poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Iłłakowiczówny, Obertyńskiej. Dlatego często mówi się o Ginczance: ikona poezji feministycznej. Co znów budzi mój sprzeciw, bo Ginczanka jest różna, jej późniejsza poezja odchodzi od owego młodzieńczego wzorca – to jest to, co jeszcze przed nami: przeczytanie wierszy Ginczanki w całości – od wierszy młodzieńczych, po okupacyjne, zachowane szczątkowo.

Książka "Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt" autorstwa Izoldy Kloc ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.

Rozmawiała: Natalia Kamińska (PAP)