Kulturalny stan niepewności. Jak bardzo zmieni się środowisko artystyczne w Polsce i odbiór sztuki po koronawirusie?

Bożena Ławnicka
29 maja 2020, 08:00 Ten tekst przeczytasz w 12 minut
ShutterStock
Jeśli trzeba będzie, pójdą do teatru w maseczkach, rękawiczkach, nawet w przyłbicach.
Mija dwa i pół miesiąca, odkąd życie kulturalne w Polsce zamarło. Bo choć można zwiedzać wystawy w internecie, choć w sieci są koncerty, darmowe streamingi operowe czy spektakle teatralne, nie ma bezpośredniego kontaktu publiczności z artystami. Jest to bardzo niekomfortowe zarówno dla tych, którzy z ekspresji żyją, jak i dla tych, którzy z kultury korzystali. Jak Miłka Skalska, dziennikarka. – Zostałam z dnia na dzień odcięta od możliwości bezpośredniego obcowania z żywą kulturą. Internet mi tego nie zastąpi – mówi.
Dziennik Gazeta Prawna
Przez epidemię przepadło jej wiele spektakli, na które miała wykupione bilety. Niektóre oddała, bo nie wiadomo, czy inscenizacje wrócą w kolejnym sezonie, inne trzyma, licząc, że wkrótce je zobaczy. Kiedy? Tego dokładnie nie wiadomo. Bo choć rząd zapowiedział, że powrót widzów do placówek kultury jest możliwy od 6 czerwca, nie oznacza to, że już tego dnia obejrzymy spektakl. Wznowienie działalności w warunkach nowego reżimu sanitarnego będzie procesem stopniowym – wiele zależy od dyrektorów poszczególnych instytucji i ich oceny bezpieczeństwa artystów i widzów. Gdy pierwsze podwoje otworzyły muzea i galerie, zrobiły to niepewnie, czasem po jednej wystawie. Teatry i filharmonie dopiero otrzymały wytyczne, jak organizować pracę w nowych realiach i próbują je dostosować do swojej infrastruktury. Kina szykują się do otwarcia najwcześniej w lipcu.
Jak bardzo zmieni się sytuacja? – Na tak postawione pytanie nikt nie da odpowiedzi. Sami się nad tym zastanawiamy – mówi Hanna Wróblewska, dyrektor Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki. – Jedną rzeczą jest odmrożenie instytucji, a drugą to, jak zmieni się całe środowisko kultury, w którym działamy – dodaje.

Przerwane złote czasy

Pytam Miłkę, jak często chodzi do opery, teatru czy kina. – Do opery średnio raz w miesiącu, do teatru i kina co najmniej raz w tygodniu – mówi. Tak, Miłka nie jest statystycznym Polakiem, bo ten według badań do teatru nie chodzi lub bywa w nim rzadko. Z badania TNS sprzed pięciu lat wynika, że tylko 16 proc. rodaków przynajmniej raz obejrzało sztukę teatralną, a zaledwie 2 proc. odwiedziło teatr częściej niż trzy razy w roku. Z drugiej strony Miłka nie jest w swojej pasji odosobniona, bo bilety na przedstawienia operowe czy premiery spektakli teatralnych rozchodzą się na długo przed wydarzeniem. Do niedawna Polacy szturmowali też kina, co potwierdza Radosław Śmigulski, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. – Nasz rynek był szczególny. Ponieważ społeczeństwo zaczęło się bogacić, nie widzieliśmy odpływu widza kinowego, jak w krajach Europy Zachodniej – mówi. Opłacało się inwestować w większe produkcje, ściągać gwiazdy, wydawać pieniądze na promocje.
To wszystko załamało się 12 marca, gdy rząd, wraz z zamknięciem szkół, zdecydował o zawieszeniu funkcjonowania instytucji kultury – teatrów, oper, filharmonii, muzeów i kin. – Trzy dni później miałam być w Teatrze Wielkim w Łodzi na „Madame Butterfly” z Joanną Woś w roli tytułowej. Znajomi bardzo ten spektakl polecali. Chciałam go zobaczyć, mimo że trzy razy widziałam już świetną inscenizację Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim w Warszawie. Każdy spektakl jest jednak inny – mówi Miłka Skalska. Przepadła jej także „Opera za trzy grosze” w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza. – Tej inscenizacji pewnie już nigdy nie zobaczę, bo reżyser Wojciech Kościelniak dobiera obsadę też spoza zespołu aktorskiego danego teatru i trudno ją potem skompletować. A co dopiero po epidemii – żałuje moja rozmówczyni. Na zobaczenie nowości Teatru Wielkiego w Warszawie nadal ma nadzieję. Premiera „Medei” w reżyserii Simona Stone’a, która miała się odbyć 5 maja, została przesunięta na sezon 2021/2022, podobnie „Werther” Stefana Heinrichsa, który był planowany na koniec tego miesiąca.

Pod znakiem zapytania

– Trudno jest przewidzieć, kiedy możliwe będzie otwarcie teatrów operowych i sal koncertowych – mówi Magdalena Grzybowska, prowadząca portal Opera Lovers. – Przełożenie na przyszły rok Konkursu Chopinowskiego wskazuje na to, że jeszcze w październiku nie będą mogły odbywać się wydarzenia z tak liczną publicznością – dodaje. Gdy pytam ją, czego można się spodziewać, mówi, że obostrzenia będą dotyczyły dystansu społecznego, co oznacza zredukowaną liczbę miejsc dla widzów oraz nowe zasady organizacji wydarzeń artystycznych. – Transmitowany przez wiele stacji telewizyjnych pierwszomajowy koncert Berliner Philharmoniker odbył się w kameralnym składzie orkiestry z zachowaniem odpowiednich odległości między muzykami – przypomina, i mówi, że zapewne u nas takie zalecenia się pojawią. A to oznacza jedno – koniec spektakli z dużą liczbą artystów. Potwierdza to Katarzyna Meissner, dyrektor Instytutu Muzyki i Tańca, którego misją jest działalność na rzecz rozwoju kultury muzycznej i tanecznej w Polsce, a dziś, w czasie epidemii, m.in. opracowanie wytycznych dla instytucji kultury. – Wielkoobsadowe spektakle nie pojawią się od razu. To kwestia obsady aktorskiej, często bardzo licznej, ale też orkiestry, która siedzi w kanale w bliskiej odległości. Rekomendujemy rozpoczynanie działalności artystycznej od kameralnych obsad – wyjaśnia.
Próby są już możliwe. – Artyści bardzo tego powrotu potrzebowali i ich determinacja, by spotkać się z zespołem, a potem z publicznością, była duża. Wracają, ale nikt nie może wystawić ich na niebezpieczeństwo – zaznacza Katarzyna Meissner. Dlatego IMiT wraz z dyrektorami placówek zastanawia się, jak zadbać o pracowników. – Czy badać im na co dzień temperaturę, czy po prostu obserwować, jak ten powrót do pracy przebiega, i być czujnym? Łączymy oba podejścia: chcemy zapewnić ramy bezpieczeństwa, w których będzie możliwa organizacja wydarzeń już z udziałem publiczności. Zalecamy przede wszystkim regularne monitorowanie stanu zdrowia i dbanie o systematyczną dezynfekcję wszystkich przestrzeni. Liczymy na to, że wprowadzone właśnie przez rząd limity – 150 osób na imprezach plenerowych i 50-proc. obłożenie widowni – to będą środki, które pozwolą publiczności i artystom czuć się bezpiecznie, a jednocześnie będą opłacalne z punktu widzenia ekonomicznego – przekonuje dyrektorka IMiT.
Ale na zmiany należy się nastawić zawczasu. Na przykład na to, że na spektakl trzeba będzie przyjść dużo wcześniej i że nie wyjdzie się z niego tak od razu. – Zapewne jako pierwsze wznowią działalność teatry, które dysponują dużymi salami, w których łatwiej będzie bezpiecznie porozsadzać widzów, być może tylko co drugi rząd będzie mógł być zajęty. Raczej należy się spodziewać mniejszych, kameralnych spektakli i jeszcze częstszego sięgania przez twórców po projekcje i nowe technologie multimedialne – mówi Elżbieta Wrotnowska-Gmyz, dyrektor Instytutu Teatralnego. – W rozmowach z dyrektorami teatrów pojawiają się pomysły przenoszenia spektakli z małych na większe przestrzenie sceniczne, ale wiadomo, że taki zabieg zmienia w zasadniczy sposób kształt artystyczny spektaklu i budzi opór ze strony twórców. W oczywisty sposób wpływa także na odbiór ze strony publiczności – dodaje. Elżbieta Wrotnowska-Gmyz liczy też na to, że w sezonie letnim pewnym rozwiązaniem okażą się teatry plenerowe. – Wraca idea letnich teatrów ogródkowych. Ta XIX-wieczna formuła funkcjonowania teatru, przypomniana jakiś czas temu przez Andrzeja Tadeusza Kijowskiego, była bardzo żywa w Warszawie w ostatniej dekadzie XX i na początku XXI wieku, może znowu zostać podjęta, tym razem już w skali ogólnopolskiej. Może ona umożliwić funkcjonowanie teatru na żywo nawet w warunkach ograniczeń epidemicznych, choć będzie to oczywiście spore wyzwanie dla organizatorów – wyjaśnia.

Muzea i galerie przecierają szlak

Równo dwa miesiące od decyzji rządu otworzyło się Muzeum Narodowe w Warszawie. Obowiązują limity wejść, dystans między zwiedzającymi, maseczki, dezynfekcja rąk. Wystawy są otwierane rotacyjnie, by nie dopuścić do gromadzenia się publiczności w jednym miejscu. Ruszyło Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu, skansen w Olsztynku, Muzeum Nowej Huty w Krakowie. Wszystkie otwierają się stopniowo. Zachęta rozpoczęła od najmniejszej przestrzeni – Miejsca Projektów Zachęty, gdzie przed epidemią była montowana wystawa Pauliny Pankiewicz „Być jak Paul Cézanne”. – Nie zawiesiliśmy tylko sprzętu IT, bo zwykle go wypożyczamy. I całe szczęście, bo musielibyśmy za niego płacić, choć nie byłby on wykorzystywany – mówi dyrektor galerii Hanna Wróblewska. Dodaje, że wernisaż wystawy już się odbył, ale online. – Zamieściliśmy na naszej stronie film, w którym artystka oprowadza po wystawie. A dzień później udostępniliśmy ją do bezpośredniego zwiedzania – wyjaśnia. W dalszej kolejności Zachęta otworzyła dwie wystawy, jedną na I piętrze („Wideotaśmy – wczesna sztuka wideo”) i jedną na parterze („Ahmed Cherkaoui – polsko-marokańskie relacje artystyczne”), by nie koncentrować w jednym miejscu zwiedzających. Oczywiście będzie sprzęt ochronny, płyny dezynfekcyjne, pleksi oddzielające pracowników kasy, recepcji i księgarni od widzów, osłony itp. To spotkanie ze zwiedzającymi w pierwszych dniach odmrożenia przebiegło spokojnie, bez poczucia, że ktoś jest zagrożony zakażeniem. Stąd dyrekcja Zachęty podjęła decyzję o otwarciu kolejnej wystawy – „Lekcji fruwania” Andrzeja Krauzego.
– Zdecydowaliśmy się nie otwierać wystawy dla dzieci „Co dwie sztuki to nie jedna”. Ona nadal nie została zdemontowana, ale jest tak interaktywna, że nie wiemy, czy udałoby nam się w pełni zabezpieczyć zwiedzających. Co najwyżej będziemy z tej wystawy transmitować performance artystów, robić nagrania i wykorzystywać ją do pracy edukacyjnej – mówi Hanna Wróblewska. Dodaje, że galeria otwiera się stopniowo, co jest dokładnie przemyślane. Chodzi o obserwowanie, co się będzie działo. – Mamy wiele pytań, od podstawowych, czy ludzie przyjdą, czy nie, i tego, jak się będą zachowywać, po te dotyczące koniecznych zmian w naszej pracy. – Co z osobami pierwszego kontaktu, które wprowadzają zwiedzających w przestrzeń Zachęty? Jak mają się teraz zachowywać, by człowiek w galerii czuł się dobrze, ale nie tracił poczucia bezpieczeństwa? – zastanawia się nasza rozmówczyni.

Nowa rzeczywistość

Galerie i muzea mają o tyle łatwiej, że można je zwiedzać przez cały dzień, kilka dni w tygodniu. Wystawy tak szybko się nie zmieniają. Ale teatry, opery i koncerty są tylko danego dnia, na konkretną godzinę i dla określonej liczy osób. Teraz ta widownia będzie musiała być dużo mniejsza. I zdyscyplinowana. Pytam Miłkę Skalską, na jakie obostrzenia jest gotowa, by zobaczyć spektakl na żywo. – Jeśli trzeba będzie, pójdę do teatru w maseczce, rękawiczkach, w goglach, nawet w przyłbicy – mówi.
Miłki nie przeraża konieczność zachowania dystansu i de facto obejrzenie sztuki samotnie. – Do tej pory też czasami chodziłam do teatru, opery czy kina sama. Jak coś mi się bardzo spodobało i chciałam to pokazać znajomym, oglądałam jeszcze raz – wyjaśnia. Przyznaje, że kiedyś zaplanowała dla siebie i przyjaciół wyjścia operowe na cały sezon. Wydała wtedy jednorazowo ponad 2 tys. zł. Teraz taki gest może być droższy. I to sporo.
Środowisko kultury niechętnie mówi o tym, co wydaje się dziś dość oczywiste – podwyżce cen biletów. Ale jeśli publiczności będzie mniej, sztuka stanie się jeszcze bardziej elitarna i tym samym droższa. Według Miłki do tej pory w Polsce nie można było narzekać. – W porównaniu ze światem ceny u nas nie były aż takie wysokie, dało się kupić bilet do opery nawet w okolicach 50 zł. Na Zachodzie najtańszy to ok. 100 euro – zaznacza. Ile będą kosztować teraz? – O podwyżkach cen biletów nie rozmawiamy. Wyzwaniem będzie w ogóle przyciągnięcie publiczności. Rozpoczęliśmy właśnie badania, które pokażą nam, jakie są nastroje wśród widzów związane z powrotem do kultury na żywo – mówi Katarzyna Meissner. Ale Hanna Wróblewska z Zachęty przyznaje, że tendencja do podnoszenia cen może być widoczna, choć w galeriach czy muzeach raczej to nie zadziała. – My nie oferujemy sztuki w określonym czasie, więc u nas trochę inaczej wygląda ta kalkulacja. Poza tym uważam, że zabiegając o publiczność, nie możemy sobie na to pozwolić – wyjaśnia.
Czy droższe będą też bilety w kinach? W branży filmowej trwa dyskusja, czy otworzyć wszystkie kina jednocześnie, czy może pozwolić na to, by niewielkie kina studyjne wystartowały wcześniej. Wszystko to ma przełożenie na pieniądze i wiąże się z datą ponownego startu. – Koniec czerwca to termin nierealny, by kina wróciły, początek lipca zbyt optymistyczny. Przede wszystkim potrzeba kilku tygodni na rozpęd, kina z dnia na dzień otworzyć się nie da. Trzeba przeprowadzić kampanię, zachęcić do konkretnego tytułu i skroić repertuar na co najmniej dwa miesiące do przodu – wyjaśnia Radosław Śmigulski z PISF. Przyznaje, że faktycznie jest omawiany pomysł, by najpierw ruszyły kina plenerowe oraz studyjne, z repertuarem bardziej ambitnym, który już jest dostępny u dystrybutorów. – Dla nich sprzedaż stu biletów w ciągu dnia nie jest porażką, jak dla multipleksów. Dwa, trzy seanse, na których mieści się 20, 30 osób, to wydaje się możliwe – dodaje.
Ale jest i drugi wariant – albo otwieramy wszystkie kina, albo nie otwieramy żadnego. – Dla multipleksów w tym kontekście są istotne inne usługi, na których zarabiają, związane z małą gastronomią. Jak widz miałby w maseczce jeść popcorn? Poza tym planujemy kampanię informująca o wznowieniu działalności kin. Jak ją przeprowadzić, gdy część z nich będzie otwarta, a część nie? Widz musi mieć konkretny przekaz – mówi szef PISF.
Kolejna rzecz to repertuar, czyli co będzie można zobaczyć, bo przecież z powodu epidemii praca na planach filmowych była do niedawna zawieszona. – Mamy kilkanaście filmów z gatunku arthouse’owego, kilka propozycji komercyjnych, które nie miały jeszcze swojej premiery w Polsce i na VOD europejskim. Jest też twórczość krajowa, kilkanaście filmów, które są na ukończeniu, i parę filmów wysokokomercyjnych polskich – mówi Radosław Śmigulski. Według niego pozwala to na utrzymanie repertuaru w kinach na parę miesięcy. Potem muszą być nowe produkcje.

Powrotu nie będzie

– Człowiek ma taką zachowawczą właściwość, że aby przejść przez trudny czas, wmawia sobie, że to się zaraz skończy i wróci do sytuacji, jaka była. Ale ja mam poczucie, że przez rok, dwa nie będzie tak, jak było przed epidemią– mówi Hanna Wróblewska z Zachęty. Także Radosław Śmigulski nie wierzy w to, by kino w ciągu kilku miesięcy wróciło do punktu, w jakim było przed epidemią. Szacuje, że powrót zajmie co najmniej rok, jeśli nie będzie jakiejś kolejnej katastrofy.
Ale „kiedy” to niejedyne pytanie, na które trudno dać dziś odpowiedź. Drugie, równie ważne, brzmi „jak”. Jak bardzo zmieni się środowisko artystyczne w Polsce i odbiór sztuki? Bo to, że się zmieni, jest pewne.
Hanna Wróblewska wyjaśnia to na prostym przykładzie. – Niech pani popatrzy na reklamy, które mają informować o wielkim, artystycznym wydarzeniu. Ich celem jest przyciągnięcie jak najwięcej osób. A nagle okazuje się, że publiczność jest ważna, ale jednak nie chcemy, by przyszło jak najwięcej osób. Nie jesteśmy ich w stanie przyjąć w tym nowym reżimie sanitarnym – wyjaśnia. Oznacza to, że wskaźnik oglądalności przestaje być bezwzględnym miernikiem popularności. A to może znacząco zmienić środowisko kultury w Polsce. – Być może musimy się przygotować na nieco mniejszą i rzadszą produkcję nowych wydarzeń? Na więcej pracy z wykorzystaniem naszych zasobów i artystów? A jeśli już wystawy międzynarodowe czy problemowe, to z bardzo mocno zbudowanym lokalnym kontekstem? – zastanawia się dyrektor Zachęty.
Jednocześnie internet i powszechne udostępnienie zasobów kultury w czasie epidemii otwierają nowe możliwości. Coraz lepiej sprzedają się koncerty online, popularnością cieszą się udostępniane na platformach cyfrowych nowości filmowe, których widzowie nie zdążyli obejrzeć w kinach. Szef PISF jest przekonany, że dzięki koronawirusowi przyspieszy rozwój rynku usług VOD, a tym samym poszerzą się możliwości dystrybucji filmów. Hanna Wróblewska już widzi, że prowadzone w sieci warsztaty dla szkół przyniosły Zachęcie nowych klientów i po epidemii zapewne zostaną one na stałe jako płatna usługa uzupełniająca ofertę galerii.
Ale w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu – darmowe udostępnianie zasobów kultury online. – Cały czas zastanawiam się, czy to dobry krok – mówi Katarzyna Meissner. – Ideowo to piękne, ale rozwojowo, dla samych instytucji kultury, nie. Wolałabym, by społeczeństwo wzięło odpowiedzialność za te dobra i choćby niewiele, ale jednak płaciło – dodaje. Marzy się jej finansowanie sztuki przez społeczeństwo, trochę tak, jak było podczas akcji pomocy szpitalom czy medykom w czasie epidemii. – To zadziałało i przyniosło wymierne korzyści finansowe – przekonuje. Gdy zwracam uwagę, że to jednak akcja, a kulturze potrzebne jest stałe finansowanie, Meissner wyjaśnia, że nie chodzi o ukrócenie dotowania instytucji kultury przez państwo i samorządy, ale o wprowadzenie działającego równolegle mechanizmu wsparcia społecznego. Wzięcie odpowiedzialności za dobra, których przecież potrzebujemy do życia i które ktoś tworzy, poświęcając swój talent i czas.
W przyszłości oba światy, w których obcuje się ze sztuką, bezpośredni i wirtualny, płatny czy nie, zapewne będą działać równolegle i się uzupełniać. Elżbieta Wrotnowska-Gmyz wskazuje, że już teraz coraz więcej spektakli dostępnych w sieci zaczyna być biletowanych. Uważa, że w ten sposób uda się zdobyć nową widownię, często spoza dużych ośrodków, która na co dzień do teatru nie chodzi. – Nie wolno lekceważyć bardzo żywej reakcji widzów w internecie, dla przykładu „Cząstki kobiety” TR Warszawa obejrzało ponad 11 tys. osób – przekonuje. Niezłą widownię miały też interaktywne „Szalone nożyczki” Teatru Kwadrat wystawione w sieci w dzień powrotu do pracy fryzjerów, 18 maja. Choć za bilet, a dokładniej link upoważniający do obejrzenia spektaklu, trzeba było zapłacić 25 zł, obejrzało go prawie 9 tys. widzów. Dlatego, wychodząc naprzeciw potrzebom widzów, Instytut Teatralny myśli o stworzeniu takiej platformy, która zbierałaby i porządkowała dostępną w sieci ofertę spektakli. – Budujemy też online’owy repertuar na stronie e-teatr.pl, tak, by każdy zainteresowany teatrem mógł w jednym miejscu sprawdzić, co może danego dnia zobaczyć w sieci – mówi Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.
Miłka Skalska przyznaje, że przed zagrożeniem zdarzało jej się usiąść i obejrzeć spektakl teatralny w telewizji czy w sieci. Nadal jest taką formą kontaktu ze sztuką zainteresowana, ale ona sama jej nie wystarczy, potrzebuje spotkania bezpośredniego. Liczy więc na to, że za jakiś czas będzie miała jedno i drugie. – Dziś wszyscy uczymy się żyć, mimo zagrożenia koronawirusem. Nauczymy się także tego, jak w tym czasie korzystać z kultury – przekonuje.
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Zobacz więcej

Proszę czekać...