Panuje przekonanie, że kapitalizm pokonał socjalizm. I to zdecydowanie. Ten wynik może wyglądać jednak zupełnie inaczej, jeżeli uwzględnimy to, co się działo w sypialni. A właściwie we wszystkich miejscach, gdzie da się uprawiać seks.
Reklama
Magazyn DGP z 13 marca 2020 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Kobiety żyjące w realnym socjalizmie miały pod wieloma względami lepiej niż ich koleżanki z krajów zachodniej Europy i Ameryki. Za głoszenie takiej tezy jeszcze do dziś w Polsce można oberwać po głowie. Socjalizm był przecież zły i basta. Jakże tu porównywać los Polki, Rosjanki czy Czeszki z lat 70. do losu Amerykanki, Niemki albo Włoszki! Niebo i ziemia! A jednak Kristen R. Ghodsee z Uniwersytetu Pensylwanii ośmiela się taką tezę postawić i w sposób dość przekonujący jej broni.
Kristen R. Ghodsee, „Kobiety, socjalizm i dobry seks. Argumenty na rzecz niezależności ekonomicznej”, przeł. Anna Dzierzgowska, Post Factum, Katowice 2020 / DGP
Pikanterii całej sprawie dodaje to, że głównym argumentem autorki jest... seks. Dowodzi, że lepsze życie erotyczne kobiety miały właśnie u nas, a nie na Zachodzie. Jak to możliwe? Autorka wiąże to z różnymi poziomami utowarowienia seksu w kapitalizmie i w socjalizmie. Nie jest to aż takie oryginalne. Już klasycy i klasyczki XIX-wiecznej myśli marksistowskiej twierdzili, że jednym z celów socjalizmu jest odtowarowienie miłości. To znaczy sprawienie, by w społeczeństwie jutra dwoje ludzi mogło się kochać uczuciem czystym i dobrowolnym. A nie uczestniczyć w kontrakcie finansowym zwanym małżeństwem, gdzie (zazwyczaj młoda) kobieta wnosi swoją urodę i kupuje za nią opiekę (zazwyczaj starszego) mężczyzny. Mezalians jest zaś tępiony nie dlatego, że ktoś nie lubi osób z niższych klas społecznych, tylko ze strachu przed nadmiernym rozdrobnieniem majątku, gdy zwiążą się za sobą ludzie o różnych poziomach zamożności.
Czytać o tym u Engelsa czy Aleksandry Kołłontaj (radziecka komunistka i feministka) to jedno. Ale dostać książkę, która pokazuje, że spora cześć tego postulatu w praktyce realnego socjalizmu została zrealizowana, to coś zupełnie innego. A gdy jest mowa o tym, że tę emancypację Polkom, Bułgarkom i Czeszkom zabrano i na powrót zostały po 1989 r. wtłoczone w struktury utowarowienia, to już brzmi jak wypowiedzenie wojny większości opiniotwórczego establishmentu w takich krajach jak Polska. Dodajmy trochę złośliwie, że ów establishment to przecież głównie mężczyźni. I może dlatego zarzut, że dziś seks jest gorszy niż za Gierka, tak ich irytuje. Ghodsee nie twierdzi oczywiście, że wszystkim kobietom było kiedyś lepiej. Zgadza się nawet, że u wielu z nich (głównie z klasy wyższej) znacząco wzrosły zarówno niezależność, jak i zadowolenie z seksu.
Warto na koniec powiedzieć, że nie jest to praca skoncentrowana wyłącznie na seksie. Ghodsee dotyka też tematów takich jak wycena (a częściej jej brak) pracy opiekuńczej świadczonej przez kobiety, pisze o problemach kobiecego przywództwa i zaangażowania obywatelskiego w zależności od ustroju. Dla jednych wszystko to może być oczywistością – bo faktycznie nie jest to pierwsza praca na ten temat, a społecznie zaangażowany feminizm jest w Polsce dosyć mocno obecny. Wielu zapewne będzie i takich, którym zawarte w książce tezy otworzą oczy. I bardzo dobrze.