"Pan T." Marcina Krzyształowicza – to historia osadzona w Warszawie z początku lat 50. XX w. Jej tytułowym bohaterem jest uznany pisarz (w tej roli Paweł Wilczak), który mieszka w hotelu dla literatów i zarabia na życie, udzielając korepetycji. Jedną z jego uczennic jest maturzystka, z którą łączy go romans. Pewnego dnia sąsiadem pisarza zostaje pochodzący z prowincji chłopak, który chciałby zostać dziennikarzem. Pan T. staje się dla niego mistrzem. Tymczasem władze zaczynają podejrzewać pisarza o plan wysadzenia w powietrze Pałacu Kultury i Nauki, a Urząd Bezpieczeństwa zaczyna go śledzić.

Od kilku dni trwa spór wokół filmu. Opisali go m.in. dziennikarze Onetu w artykule pt. "Bitwa o Pana T.(yrmanda)". "Twórcy filmu +Pan T.+ bez zgody zaczerpnęli motywy, bohaterów i konkretne sceny z książki +Dziennik 1954+ Leopolda Tyrmanda. Kilka fragmentów przepisali niemal słowo w słowo. Syn pisarza, właściciel praw autorskich, oskarża ich o kradzież. Oni odpierają zarzuty i sugerują, że Matthew Tyrmand w porozumieniu z szefem PISF próbuje wymusić od nich haracz" - napisano w tekście.

Twórcy i producenci filmu "Pan T." odnosząc się do tych przekazów medialnych poinformowali, że "+Pan T.+ został poddany szczegółowemu badaniu i analizie prawnej przez wybitnych specjalistów z zakresu prawa autorskiego i ochrony dóbr osobistych – profesor dr hab. Elżbietę Traple, profesora dr hab. Ryszarda Markiewicza, dr Tomasza Targosza i dr Michała Wyrwińskiego".

Jak przekazano, z ekspertyzy wynika, że film "nie zawiera elementów twórczych pochodzących z +Dziennika 1954+ Leopolda Tyrmanda i nie może być uznany za jego adaptację". "Stanowi on bowiem integralne dzieło autorskie z wymyślonymi postaciami, dialogami, intrygą obyczajową i kryminalną" - podkreślono.

Wskazano, że film "nie narusza praw autorskich, majątkowych i osobistych" do twórczości Tyrmanda. "Podobnie jak jego rozpowszechnienie nie narusza prawa osobistego bliskich L. Tyrmanda do kultu pamięci o nim" - zaznaczono.

W oświadczeniu napisano ponadto, że "nie istnieją żadne przesłanki prawne wymuszające konieczność zawarcia jakiejkolwiek umowy, w tym umowy licencyjnej, między twórcami filmu a spadkobiercami spuścizny Tyrmanda". "W świetle prawa bowiem umowa taka byłaby bezprzedmiotowa" - oceniono.

Napisano, że przedstawiona diagnoza ekspercka pozostaje w zgodzie z zamysłem artystycznym i intencjami twórców "Pana T.", którzy w centrum fikcyjnych wydarzeń fabuły umieścili "pisarza-everymana", którego losy i charakter stanowią kompilację i zbiór najbardziej pożądanych cech zbuntowanego bohatera minionej epoki. Dodano, że "nie postawiono ciężkości i akcentu na wierność którejkolwiek z nich". Zwrócono uwagę, że "z żadną z nich bohater nie jest też tożsamy. Informacja ta znalazła się zresztą na planszy wprowadzającej emitowanej na początku filmu".

"W świetle przytoczonej argumentacji prawnej i artystycznej, niezmiernie dziwią nas i bolą wszelkie oskarżenia wysuwane wobec autorów scenariusza +Pana T.+. Szczególnie, że ich intensyfikacja przypada na okres poprzedzający szeroką dystrybucję filmu. Który – przypomnijmy – swoją festiwalową drogę rozpoczął już we wrześniu bieżącego roku i od tego czasu stał się laureatem licznych prestiżowych nagród krajowej kinematografii" - napisali twórcy i producenci filmu.

"Walcząc o dobre imię +Pana T.+ jesteśmy zobligowani, by wyjść naprzeciw wszelkim nieuzasadnionym prawnie wypowiedziom spadkobierców L. Tyrmanda oraz krzywdzącym, merytorycznie niepełnym i przekłamanym materiałom prasowym niektórych dziennikarzy. Jednocześnie nie zamykamy się na dialog, wierząc głęboko, że w sporze o +Pana T.+ wygra to, co najważniejsze – czyli prawda i czysta, niczym nieskażona sztuka" - podkreślili.

Premiera kinowa filmu zaplanowana jest na 25 grudnia.