Założony w 1964 r. przez Lecha Raczaka oraz Tomasza Szymańskiego jako Studencki Teatr Poezji Ósmego Dnia, pierwotną nazwą nawiązywał do Gałczyńskiego i jego „Zielonej Gęsi” - „Siódmego dnia Pan Bóg odpoczywał, a ósmego stworzył teatr”. Od 1979 działał jako alternatywny teatr zawodowy. Realizowane spektakle były surowymi i sarkastycznymi komentarzami na temat Polski Ludowej. Podczas stanu wojennego zespół występował na ulicach i w kościołach. Po 1989 r. losy ludzi z zespołu Ósemek potoczyły się bardzo różnie. W przedstawieniu Marcina Libera wszyscy spotykają się ponownie, jako postaci grane przez aktorów Powszechnego. Jest i Marcin Kęszycki, i Tadeusz Janiszewski oraz Adam Borowski i związana dziś politycznie z Wiosną Ewa Wójciak.

Ale spektakl w Teatrze Powszechnym w Warszawie to nie jest hermetyczne przedstawienie li tylko dla biografów i amatorów Ósemek. Reżyserowi udała się sztuka w dzisiejszych czasach niebywała. Stworzył dobry, stroniący od egocentrycznej maniery spektakl o miłości do teatru. Często na geście tak grubym, że publiczność – proszę wybaczyć frazeologizm grafomański, lecz w tym szaleństwie jest metoda – pękała ze śmiechu. Ale, jak pisał Eugene Ionesco w „Experience du theatre”: „Komizm jest poczuciem absurdalności, który wydaje się bardziej beznadziejny od tragizmu”. I po to u Libera ów gruby gest. Anna Ilczuk fenomenalnie wcielająca się w Ewę Wójciak wnosi warsztat ze swoich najlepszych, niemalże burleskowych ról, od Mady Mueller w „Ziemi obiecanej” Jana Klaty po... Jolantę, synową głównych bohaterów z telewizyjnego „Świata według Kiepskich”. A Michał Czachor swobodnie parafrazuje swoje największe osiągnięcia z teatru Mai Kleczewskiej.

Liber w zjadliwy sposób przedstawia ciągłą walkę aktora z reżyserem. Ten drugi traktuje pierwszego jak nadmarionetę, plastelinę zmuszoną kształtować się idealnie jak chcą tego jego palce. Pierwszy drugiego – jak szalonego dyktatora, socjopatę naruszającego do granic intymność wykonawcy. Ten swoisty danse macabre odgrywają upozowany na Jerzego Grotowskiego Michał Jarmicki oraz Andrzej Kłak, w którym inkarnuje się gwiazda teatru Laboratorium, Ryszard Cieślak. Stary mistrz siedzi w fotelu, odpala papierosa od papierosa i snuje swoje wizje o akcie całkowitym, autorskiej koncepcji Grotowskiego polegającej na dosłownym, ponownym przeżyciu przez aktora najważniejszych osobistych doświadczeń za pomocą impulsów płynących z głębi ciała.

„Przeżycie powinno wiązać się z tym, co dla aktora najbardziej intymne i najgłębiej skrywane przed innymi i przed nim samym. Takie obnażenie staje się czynem analogicznym do spowiedzi i prowadzi do oczyszczenia. Dotyczy możliwości doświadczenia na drodze pracy aktorskiej takiego wymiaru życia, który przekracza doczesność. Nie jest odtworzeniem cudzego działania, ale spełnianym dramatycznie procesem poznania, doświadczenia i transformacji”- tak akt całkowity zdefiniowany jest w tekście na stronie Instytutu im. Jerzego Grotowskiego. No i mamy na scenie rozedrganego Kłaka-Cieślaka, z chojractwem popisującym się możliwościami własnego , każdy jego mięsień jest innym, odrębnym instrumentem, które jednak wespół tworzą symfonię.
Na scenie jest wszystko co trzeba, żeby stworzyć wrażenie, że granice teatru są jeszcze do przekroczenia. Jest perkusja, ale i stroje z XVII w., dla tych którzy za wszelką cenę muszą oglądać Calderona w kryzie, szekspirowskiego „Juliusza Cezara” na tle imitacji Forum Romanum, a Moliera właśnie w gorsetach i pończochach z epoki Ludwika XIV.

Sam Molier pojawia się u Libera, żeby przypomnieć widzowi, że choć dzisiaj, jeśli wystawiany po didaskaliach, jest wielbioną przez zelotów i eskapistów ramotką, to wtedy, gdy tworzył, był prekursorem eksperymentu i teatru na wskroś politycznego. Ośmieszał salonową przesadę, hipokryzję i zakłamanie dewotów, okrutną pogardę światowców wobec uczciwych i prostolinijnych oraz manię gromadzenia bezużytecznych przedmiotów. I był za to za to surowo karcony. Oddajmy głos Boyowi-Żeleńskiemu: „Komedia Tartuffe jest bezwarunkowo szczytem geniuszu Moliera, zarazem jednym z najśmielszych czynów artystycznych, jakie ludzkość wydała. Dość powiedzieć, że dziś, w naszej wolnomyślnej epoce, gdyby ktoś napisał tę sztukę na nowo, byłaby nie do wystawienia: żadna cenzura nie puściłaby jej na scenę”. Jedyny opis, nadany Molierowi w akcie zgonu, brzmi: „tapicer i pokojowiec Jego Królewskiej Mości”. Pierwotnie odmówiono mu pochówku na cmentarzu.

W „Ach, jakże godnie żyli” grany przez Jacka Belera francuski komediopisarz zostaje przez oburzonych mieszczan obrzucony pomidorami. Pomidory są prawdziwe. Widzowie z pierwszego rzędu dostają nawet folię ochronną na wypadek, gdyby mieli poczuć na własnym ubraniu czym była tradycyjnie wyrażana pogarda dla artysty.

Jest jeszcze jedna rzecz. W wygłaszanym na początku dziecięcym dyszkantem monologu, jest też pokaźny cytat z Elżbiety Morawiec, krytyczki i publicystki, ale też za późnego PRL-u kierowniczki literackiej Ósemek. To paszkwil na współczesny teatr, który warto przytoczyć w całości: „Kiedy w roku 1989 mury runęły, dominującym prądem w kulturze stał się dekonstruktywizm. I jego to pokłosie widzimy dziś na większości scen polskich. Dekonstruktywizm z jego filozofią relatywizmu wartości, przeświadczeniem o wyczerpaniu się wszystkich kodów kulturowych, a co za tym idzie - absolutnej swobody w "dekonstruowaniu" tych kodów. "Zakazuje się zakazywać" przybrało nową postać "Róbta, co chceta". Ostatnimi laty doszła do tego repertuaru agresywna ideologia LGBT, nowa myślowa mutacja lewactwa. Dziedziczka, w prostej linii, filozofii komunisty Gramsciego, który nawoływał do niszczenia tradycji, rodziny, wiary - słowem "nadbudowy". W imię budowy nowego wspaniałego świata” – pisała na łamach „Arcanów” w tekście „Szekspir - nasz współczesny?" prawie cztery lata temu.

Reżyser wnosząc elaboracje Morawiec na swoją scenę ostrzega, że teatr jest zawsze pierwszą ofiarą wojen kulturowych. A te właśnie w Polsce rozgorzały na dobre.