Skoro było „Stulecie chirurgów”, to dlaczego nie „Wiek energetyków”? Wszak historia prądu może być nie mniej fascynująca niż dzieje medycyny. Nie wiem, czy Bartłomiej Derski i Rafał Zasuń inspirowali się kultową książką Jürgena Thorwalda (rok pierwszego wydania – 1956), w której Niemiec opisał historię najsłynniejszych odkryć chirurgii XIX w. w konwencji wspomnień fikcyjnego lekarza H. St. Hartmanna.
Reklama
Bartłomiej Derski, Rafał Zasuń, „Wiek energetyków. Opowieść o ludziach, którzy zmieniali Polskę”, WysokieNapięcie.pl, Warszawa 2018 / DGP
Polscy autorzy wprawdzie nie poszli w beletrystykę, ale również postanowili nakreślić dzieje szerokiej dyscypliny od strony zajmujących się nią ludzi. I to nawet nie wielkich wynalazców, lecz raczej praktyków. Tych, co musieli się borykać ze starymi (można wręcz powiedzieć, że ciągle tymi samymi) wyzwaniami: skąd wziąć kapitał na rozwój? Importować technologie czy budować własne? A jeśli własne, to właściwie jakie? Jak pogodzić zapotrzebowanie na coraz większą ilość energii z troską o zasoby i środowisko naturalne? Jak sprawić, żeby prądu z jednej strony nie brakowało, a z drugiej, żeby nie był on zbyt drogi, a więc nieosiągalny dla zwykłego zjadacza chleba? Poznajcie polskich energetyków!
Opowieść o nich snuje dwóch dobrze piszących znawców tematu, którzy prawie dekadę temu założyli ceniony w branży portal WysokieNapięcie.pl. Historia sięga XVII w., gdy cuda elektryczności zaczynają (nomen omen) elektryzować europejski establishment. W końcu trafiają również na ziemie polskie. Profesor fizyki z Uniwersytetu w Wittenberdze Georg Bose opisuje swe pionierskie eksperymenty w książce dedykowanej królowi Polski i Saksonii Augustowi III. A żona pierwszego ministra monarchy Henryka Brühla, Maria Anna hr. Kolowrat-Krakowska, należy do arystokratek szczególnie ceniących sobie najnowsze nowinki prezentowane na popularnych wtedy pokazach: „zapalanie” wody w metalowym kielichu iskrą z palca czy elektryczny pocałunek (nieświadomego widza próbującego pocałować naelektryzowaną wcześniej damę prąd kopał prosto w usta).
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Potem czytamy o XIX stuleciu – wieku „brzemiennym w wynalazki” (jak śpiewał Kaczmarski). Jednym z ich admiratorów był – o czym często się dziś zapomina – publicysta Bolesław Prus. „Nieznaczna przed kilku wiekami siła, dziś stała się jedną z dźwigni postępu: ona daje nam światło wyrównywające (tak w oryginale!) słonecznemu, przy jej pomocy złocimy i srebrzymy naczynia, używamy również elektryczności jako najlepszego posłańca naszych myśli i leczymy nią reumatyzmy” – ekscytował się autor „Lalki”. Nie on jeden. Elektryczność do swych potrzeb zaprzęgają przemysłowcy. W 1889 r. złoty medal wystawy światowej w Paryżu dostaje pracujący tam od paru lat Wacław Kamil Rechniewski, konstruktor niezwykle lekkiego silnika elektrycznego, który wkrótce zaczął być stosowany w pierwszych elektrycznych autach. Tak, tak. Działo się to w ostatniej dekadzie XIX stulecia.
Wiek XX to z kolei stopniowe odkrywanie, że elektryczność i elektryfikacja są już nie tyle wyzwaniem technologiczno-wynalazczym, ile raczej zagadnieniem politycznym. Kto powinien produkować prąd? Komu wolno czerpać z tego zyski? Czy można być faktycznie niezależnym bez suwerenności energetycznej? Jak dobrodziejstwa energetyki dostarczyć szerokim masom społecznym? Jak to wszystko finansować, żeby budżet się spinał? I co robić, kiedy się nie spina? Na te pytania próbują odpowiedzieć zarówno elity polityczno-techniczne II RP, jak i ich następcy z czasów Polski Ludowej. Zmieniają się geopolityczne oraz systemowe okoliczności. Wyzwania pozostają jednak zaskakująco podobne.
Mamy wreszcie rozdział dotyczący czasów współczesnych. Siłą rzeczy najbardziej „uwikłany” w branżowe sympatie i antypatie autorów. Chyba też trochę zbyt grzecznie opisano tutaj rozmaite gry sił i wielkich pieniędzy, które wokół tematu energetyki (nie tylko w Polsce) się toczą. Trudno czynić jednak z tego powodu szczególnie dotkliwy zarzut autorom. To przecież normalne, że latarnia zapala się dopiero o zmierzchu.