Literacka kariera Władimira Sorokina, jednego z najważniejszych rosyjskich pisarzy ostatnich dekad, pozwala nam zrozumieć nie tylko losy tamtejszej awangardy artystycznej, lecz także pokrętny, wyboisty los całego narodu rosyjskiego
A gdyby tak odbudować żelazną kurtynę? Tym razem już na całej długości w postaci muru, który oddzieli Wschód od Zachodu?
Polacy powinni być tą kwestią żywotnie zainteresowani – nie do końca bowiem wiadomo, po której stronie mogą się znaleźć, kiedy już przyjdzie co do czego.
Z futurystycznej wizji Władimira Sorokina z powieści „Dzień oprycznika” (2006, wyd. pol. 2008, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska) i zbioru opowiadań „Cukrowy Kreml” (2008, wyd. pol. 2011, przeł. A.L.P.) wynika w każdym razie, że w 2027 r. Polska leży jeszcze na Zachodzie – okalający rosyjską strefę wpływów mur, wzniesiony zresztą rękoma łagierników, można przekroczyć w Brześciu (co czynią chińskie tiry, uprzednio oskubane przez rosyjskich celników, odpalających z kolei dolę bezpiece).
Reklama
Magazyn DGP 30.11.18 / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Powieściowy mur wznoszą Rosjanie, chcąc odseparować się nie tylko od zachodniej zgnilizny, lecz także od islamskiego zagrożenia i wschodnioazjatyckiej potęgi gospodarczej. Niemniej zachodnia zgnilizna jest najgorsza: „Rośnie, rośnie Wielki Mur, odgradza Rosję od zewnętrznych wrogów. A wewnętrznych – oprycznicy monarszy rozrywają na strzępy. Przecież za Wielkim Murem żyją cyberpunki potępione, które gaz nasz bezprawnie ciągną, katolicy obłudni, protestanci niegodziwi, buddyści szaleni, muzułmanie zajadli i po prostu bezbożnicy rozpustni, sataniści, którzy przy przeklętej muzyce trzęsą się na placach, narkomani popaprani, nienasyceni sodomici, który w ciemności pupy sobie nawzajem świdrują, odmieńcy złowrodzy, który obraz swój przez Boga dany zmieniają, i plutokraci chciwi, i wirtualiści szkodliwi, technotroni bezwzględni, i sadyści, i faszyści, i megaonaniści" („Cukrowy Kreml”, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska).
Polskie usytuowanie między Wschodem a Zachodem daje nam sposobność wniknięcia w specyfikę obu tych światów. Niby jesteśmy na Zachodzie, a zarazem satyra Sorokina na „wstającą z kolan” Rosję dociera do nas od razu
Z jakiegoś powodu znamy i lubimy te plagi, przynajmniej niektóre. Znamy też z naszego podwórka takich, którzy podpisaliby się pod tym literackim manifestem rękoma i nogami, traktując go ze śmiertelną powagą.
Chcę tylko zauważyć, że polskie usytuowanie między Wschodem a Zachodem daje nam, poza licznymi przykrościami, unikalną sposobność wniknięcia w specyfikę obu tych światów. Niby jesteśmy na Zachodzie – rzecz do dyskusji, ile z tego to tania pozłota wymieszana z autosugestią i dobrymi chęciami – ale, z drugiej strony, okrutna satyra Sorokina na „wstającą z kolan” Rosję dociera do nas od razu, bez zbędnych tłumaczeń.

Drogi równoległe, nieprzecinające się

Jako bliscy i doświadczeni sąsiedzi Rosji rozumiemy też, że paralelne ścieżki rozwoju bywają do siebie podobne, ale to podobieństwo może się okazać złudne.
Weźmy rok 1968 w Warszawie, w Pradze i w Paryżu. W Warszawie studenci biją się z policją. W Pradze ludzie budują na ulicach barykady. Na zdjęciach z rozruchów widać praktycznie to samo, co w Paryżu. Ale w Paryżu z policją tłuką się studenci, którzy walczą z kapitalistycznym, burżuazyjnym reżimem i wierzą w komunizm, tęsknie spoglądając w stronę Mao Zedonga i jego rewolucji kulturalnej. W Czechach natomiast sowieckie tanki rozjeżdżają Praską Wiosnę. A w Polsce „aktyw robotniczy” pałuje nastolatków, podczas gdy Żydzi siedzą na walizkach na peronie Dworca Gdańskiego.
Chodzi o to, że pewne słowa w różnych miejscach i w różnym czasie znaczą co innego. Na przykład słowo „postmodernizm”. Sorokinowi, podobnie jak innej gwieździe współczesnej literatury rosyjskiej, Wiktorowi Pielewinowi, często przykleja się łatkę postmodernisty. Nic w tym złego, o ile tylko uchwycimy specyfikę rosyjskiego postmodernizmu, który jest równoległy względem postmodernizmu zachodniego, ale swoje poczucie wyczerpania form i fabuł czerpie z odmiennej tradycji.
To dlatego zachodni czytelnik podczas lektury książek Sorokina bądź Pielewina czuje dreszczyk egzotycznych emocji – jak wtedy, gdy oglądamy japońskie malarstwo, które całkiem innymi drogami wytworzyło estetykę uważaną przez nas za elegancką i nowoczesną. To są te ekscytujące przesunięcia, odstępstwa, przełamania. Rzeczy, na które – jak nam się zdaje – nie wpadlibyśmy. Albo byśmy się nie odważyli.
Tradycja, z której czerpią zarówno Sorokin, jak i Pielewin, to oczywiście w jakiejś mierze klasyczna, XIX-wieczna literatura rosyjska z jej ideowym i politycznym nadmiarem. Ważniejszy jest jednak dorobek awangardy. Tej futurystycznej, która eksplodowała (i niedługo potem zgasła) w pierwszych latach po rewolucji październikowej. Tej egzystencjalistyczno-absurdalnej, która zakwitła na chwilę w latach 30. pod stalinowskim butem (ruch OBERIU, ze szczególnym wskazaniem na genialnego Daniiła Charmsa, ale też Michaił Bułhakow). I wreszcie tej narodzonej w latach 60., związanej z konceptualizmem, dekonstruującej i przenicowującej nowomowę realnego socjalizmu.
Konceptualiści pragnęli dokonać czegoś z pozoru prostego – przywrócić po dekadach socrealizmu właściwe znaczenie słowom do cna zdewaluowanym, zużytym, martwym. Stanęli więc wobec problemu analogicznego względem tego, który dał początek zachodniemu postmodernizmowi, ale stanęli wobec niego w warunkach głęboko nonsensownej i wciąż jeszcze groźnej totalitarnej dyktatury, w sytuacji doświadczanego codziennie, rzeczywistego absurdu. Sporo ryzykując, lokując się świadomie na marginesie społeczeństwa, zaczęli więc budować z tego, co mieli – z surowców wtórnych. Najpierw były obrazy, potem wiersze. „Od razu spostrzegłem, że mam do czynienia z poezją naprawdę wolną, która, chociaż nie stroni od tematów politycznych, to nie jest zarazem, że użyję słów Clausewitza, przedłużeniem polityki” – pisze Jerzy Czech we wstępie do znakomitej antologii poezji rosyjskiej czasów samizdatu „Wdrapałem się na piedestał” (Czarne 2013). – „(...) Poeta naprawdę współczesny chce odgadnąć swoje relacje z językiem. Wypowiadać się za pomocą języka czy też starać się, by to, co piszemy, było «wypowiedzią samego języka»? (...) Ciekawiły mnie postawy tych, którzy rozumieli, że tak zupełnie odciąć się rzeczywistości nie są w stanie, bo są jej fragmentem. Tego zaś, że się z nią nie utożsamiają, przekornie dowodzili, właśnie bawiąc się w «homo sovieticusa» i pisząc wiersze «z głupia frant»”.
„Zawiść mimo wszystko bierze / Gdy się słyszy z tamtych źródeł / Jak tam żyją jedzą piją / I nic o nas wiedzieć nie chcą / Lepiej zatem mimo wszystko / Słyszeć tutaj z naszych źródeł / Jaki tam głód bezrobocie / Lżej od razu i weselej / Się żyje” – to Dmitrij Prigow (przeł. Jerzy Czech).

Literatura mówi prawdę

Urodzony w 1955 r. Sorokin, z wykształcenia inżynier mechanik (ciekawe, że Pielewin, rocznik 1962, to też inteligencja techniczna: elektrotechnik od transportu miejskiego), postawił w ramach soc-artu – radzieckiego, ironicznego analogu zachodniego pop-artu – na bardziej radykalne formy ekspresji. W jego debiutanckiej powieści „Norma” (1979–1983, wydana w Rosji po raz pierwszy w pierwszym obiegu w 1994 r., ogólnie proza Sorokina zaczyna w ojczyźnie wychodzić legalnie dopiero w latach 90.) tytułowa „norma” to zafoliowana porcja ludzkiego gówna, którą codziennie musi spożyć każdy sowiecki obywatel. W „Kolejce” (1983, I wyd. pol. 2001), powieści składającej się wyłącznie z linii dialogowych, bez żadnych didaskaliów, kolejka za bliżej niesprecyzowanym towarem wydarza się dosłownie na zadrukowanych stronach książki, stając się rodzajem osobnego, zbiorowego bytu. W „Trzydziestej miłości Mariny” (1984) główna bohaterka po długich, dość wyuzdanych poszukiwaniach znajduje erotyczne spełnienie w seksualnym kontakcie z władzą i autorytetem, w wyniku czego staje się, literalnie, strumieniem propagandowego żargonu epoki Andropowa.
Upadek ZSRR był kataklizmem, nagłym i niespodziewanym. „Trudno powiedzieć, że Związek się «rozwiązał», bo to zakłada jakiś proces, jakąś ciągłość. Tymczasem Związek zawalił się w jednej chwili. Jeszcze w 1990 roku, kiedy pisałem «Omon Ra», nikt nie przypuszczał, że ten upadek w ogóle może nastąpić” – wspominał przed laty Wiktor Pielewin w wywiadzie dla „BOMB Magazine”. ZSRR był koszmarem: „Związek Radziecki już w latach studenckich wywoływał we mnie uczucie obrzydzenia, które z czasem zmieniło się w świadomą nienawiść” – to z kolei Sorokin dla „Gazety Wyborczej” w rozmowie z Anną Żebrowską. Ale był to koszmar znany i rozpoznany. Po nim przyszła epoka rozchwiania, chaosu, niepewności. „Za Jelcyna były trzy lata – przed wybuchem wojny czeczeńskiej – kiedy nie wstydziłem się za mój kraj” – dodaje Sorokin w tym samym wywiadzie. W 1994 r. wydaje napisane trzy lata wcześniej „Cztery serca”, dziwaczną, krwawą historię gangsterską przywołującą z gorzkim sarkazmem pamięć o tak samo zatytułowanej sowieckiej komedii romantycznej z roku 1941, z samego epicentrum stalinizmu. Po upadku ZSRR „Sorokin zdaje się rozkoszować nowo nabytą swobodą” – pisze szkocki literaturoznawca David Gillespie. – „Ludzkie ciała ulegają torturom i rozczłonkowaniu, języki – okaleczeniu, seks staje się groteskowy. (...) Rosyjskie życie i literatura okazują się nie tyle parodiami, ile zniekształceniami swoich poprzednich form. Sorokin przymusza odbiorcę, by przewrócił stronę i pogrążył się w bagnie pornografii, odchodów, szlachtowania i lingwistycznego chaosu. Paradoksalnie, autor pozostaje w pełni wierny misyjnemu przesłaniu rosyjskiej literatury: że jest ważna, ponieważ mówi prawdę”. Ta radykalna transgresja przypomina trochę to, co w USA robili z materią literacką z jednej strony David Foster Wallace (i jego „nowa szczerość” – New Sincerity), z drugiej: szokujący i bulwersujący Chuck Palahniuk i Bret Easton Ellis. Świat Sorokina jest wręcz zorganizowany wokół przemocy: „Będąc dzieckiem, postrzegałem przemoc jako coś na kształt prawa naturalnego. (...) To była złowroga energia naszego kraju. (...) Tak, przemoc to mój główny temat” – przed dekadą opowiadał pisarz tygodnikowi „Spiegel”.

Spiski, śmiech i strach

Wstrząs epoki postsowieckiej – i nagła społeczna konfrontacja z faktem, że się spędziło 70 lat w pustce, nonsensie i cierpieniu (nawet jeśli to w istocie niezupełnie prawda) – sprawił, że historia na dobre przestała być nauczycielką życia. Widać to zwłaszcza w twórczości Pielewina: szczególnie w jego uporczywym konspiracjonizmie, zawsze spójnym, zawsze dopracowanym w najdrobniejszych elementach, jakby z myślą, by za każdym razem od nowa wciskać spreparowaną teorię spiskową w miejsce obowiązującej historii Rosji, Europy, świata, ludzkości. Jakby dysonans poznawczy, związany z niemożnością zaakceptowania aktualnego stanu rzeczy, był po prostu zbyt wielki, by go zasypać zwykłym kłamstewkiem.
U Sorokina „magiczny historycyzm” także się pojawia – w skandalizującej „Niebieskiej słoninie” (1999) ze słynną sceną kopulacji klonów Chruszczowa i Stalina, ale nade wszystko w trylogii „lodowej” („Lód”, „Bro”, „23000” – 2002–2005, wyd. pol. 2004–2007, W.A.B., przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska), w której mowa o kosmicznych promieniach uwięzionych w ziemskich ciałach oraz o ich drodze do wyzwolenia. Tak się składa, że „lodowi” bracia i siostry to blondyni o niebieskich oczach, z inklinacją do działalności w totalitarnych służbach w rodzaju CzK, SS czy KGB bądź też w ramach przestępczości zorganizowanej. Po publikacji trylogii oskarżano Sorokina o faszyzm – naprawdę! – nie dostrzegając konceptualnej gry z czytelnikiem, znów przymuszonym do kibicowania złu i przemocy, a ściślej: trzymania kciuków za amoralne potwory rozbijające lodowymi młotami ludzi na miazgę. Alternatywna historia XX w. nie jest tutaj zresztą nawet ludzką historią.
W fantazjach Sorokina o nowym średniowieczu, inspirowanych współczesną Rosją i jej euroazjatyckimi snami o potędze, czyli w „Dniu oprycznika” i „Cukrowym Kremlu” oprócz przemocy wyeksponowany jest jeszcze jeden aspekt rosyjskiej kultury, a mianowicie tamtejsze osobliwe poczucie humoru. „Chciałem napisać ludową książkę jarmarczną. Udało mi się w niej połączyć rosyjskie okrucieństwo z rubasznym rosyjskim śmiechem” – mówił Sorokin w przywoływanej już rozmowie z Anną Żebrowską. – „Tak się u nas zachowywano, gdy lud zbierał się na placach, by zobaczyć publiczną kaźń. W naszym narodowym archetypie śmiech i okrucieństwo to reakcje bliźniacze. Kiedy Iwan Groźny torturował bojarów, smażył ich na rozpalonych węglach lub wrzucał do kotłów z wrzątkiem, zanosił się śmiechem. Oczywiście wraz z nim śmiała się cała świta, jakżeby inaczej. Gdy Stalinowi opowiadano, że prowadzony na rozstrzelanie Zinowiew głośno płakał i modlił się do żydowskiego Boga, wódz tak się zaśmiewał, aż dostał czkawki”. Krótko rzecz ujmując, prawdziwie śmieszne może być tylko to, co jest przerażające. Zajrzyjcie sobie do książki „Imperium zła. Niewymyślone historie” Benedykta Sarnowa (przeł. Marek Zapór, Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia 2018), zbierającej polityczne i obyczajowe anegdoty z czasów sowieckich: lektura jest bardzo zabawna, nie śpi się po niej. Zresztą „Szamanko”, jedno z opowiadań z „Cukrowego Kremla”, też jest niczego sobie: to Sołżenicyn wywrócony na lewą stronę.
Fatalistycznemu przekonaniu, że historia po pierwsze nie ma sensu, a po drugie – w kategoriach eschatologicznych – zbliża się do swego nędznego kresu, hołduje przepiękny literacki drobiazg, nowela „Zamieć” (2010, wyd. pol. 2013, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska), wywiedziona z tradycji tołstojowskiej opowieść o lekarzu, odrobinę grzesznym inteligencie z misją, który w śnieżną pogodę próbuje dostać się do odległej wioski, by szczepić ludzi przeciw niebezpiecznej chorobie (epidemia zamienia ich w zombie). Dość powiedzieć, że nie dotrze – w potwornej zamieci sanie zaprzężone w 50 koników wielkości kuropatw rozbijają się o nozdrza zamarzniętego olbrzyma.

Gdzie się podziała Rosja?

Najnowsza powieść Sorokina, wydana u nas świeżo „Manaraga”, daje w pewnym sensie moment wytchnienia. To Sorokin w wersji light & international. Rzecz jest naturalnie dość zakręcona: oto w roku 2038, po „drugiej rewolucji islamskiej” i jakiejś bliżej niesprecyzowanej wojnie Europa leży częściowo w gruzach. Modne jest czytelnictwo: ale specyficzne. Po Europie i po całym świecie krążą book’n’grillerzy, kucharze, którzy przyrządzają jedzenie na specjalnym ruszcie opalanym książkami (najchętniej klasyką, pierwszymi wydaniami, białymi krukami). To rozrywka elitarna i nielegalna. Główny bohater „Manaragi”, Géza Jasnodworski, syn „białoruskiego Żyda i polskiej Tatarki”, czyta literaturę rosyjską pod patronatem zakonspirowanej „Kuchni”, quasi-mafijnej organizacji zajmującej się tą branżą.
Jest w tej przewrotnej, lekko napisanej książce, łączącej cyberpunk z pastiszem „451 stopni Fahrenheita” Bradbury’ego, arystokratyzm ducha i nostalgia za kanonem, w którym można znaleźć oparcie. Nie ma natomiast Rosji – Rosja gdzieś znikła. „O północy samolot czeka na dotankowanie w Sankt Petersburgu, pięknym mieście zbudowanym przez cara Piotra na kościach rosyjskich chłopów. Pchła (chip w mózgu – przyp. red.) informuje, że chłopów w tamtym czasie spędzano całymi wsiami, gotowano w ogromnych kotłach, kości rozdrabniano, mielono na mąkę, dodawano powstały w czasie gotowania klej, żwir i otrzymywano tak zwany rosyjski beton. (...) Nigdy tam nie byłem. I nie czytałem. Nie dostaję zaproszeń! Przez ostatnie 20 lat, zdaje się, ludzie nie mają tam głowy do czytania”. To w zasadzie jedyna wzmianka o imperium, które w świecie wykreowanym przez Sorokina kwitło o dekadę wcześniej. Czyżby historia się dopełniła? Okrutne żarty rosyjskich konceptualistów-postmodernistów mają to do siebie, że bywają złośliwie prorocze, że przypomnę kontrolowany przez FSB głos Boga w plombie prezydenta Stanów Zjednoczonych z „Ananasowego napoju dla pięknej damy” (2010, wyd. pol. 2013, przeł. Ewa Rojewska-Olejarczuk) Wiktora Pielewina.