Ponad 3 mln sprzedanych egzemplarzy robi wrażenie. Zwłaszcza jeśli rzecz dotyczy grubej książki pełnej ekonomicznych wykresów. Ale „Kapitał w XXI wieku” Thomasa Piketty’ego, po raz pierwszy opublikowany w 2013 r., miał niepodważalną zaletę, która otworzyła mu drogę na listę bestsellerów. Czterdziestoparoletni profesor ekonomii z Paryża opowiedział tu coś, co inni tylko przeczuwali albo mieli na końcu języka, ale jakoś nie potrafili z siebie wykrztusić. A on potrafił.
Od tamtej pory zdarzyło się i wiele, i niewiele zarazem. Wiele, bo „Kapitał” otworzył rozmowę o nierównościach. Wyciągnął ją z sal seminaryjnych oraz lewackich katakumb, przenosząc tam, gdzie gra muzyka: do Davos oraz do gabinetów prezesów wielkich instytucji finansowych. Ale nie tylko tam. Piketty zbłądził także pod strzechy. W tym sensie, że wielu normalsów mówi dziś Pikettym, nawet jeśli nie zawsze świadomie. Książka Francuza (a przy okazji on sam) była od tamtej pory nicowana na wszystkie sposoby. Szukano błędów, sprzeczności, nowych interpretacji. Czasem skutecznie. Czasem na próżno.
Jednocześnie jednak niewiele się zdarzyło. Politycznie Piketty poniósł porażkę. W jego rodzimej Francji lewica nie podjęła równościowej agendy. Przeciwnie: na gruzach potężnej niegdyś Partii Socjalistycznej wyrósł wykreowany przez bankierów Emmanuel Macron, w politycznej praktyce Piketty’emu wręcz przeczący. W innych krajach też o nierównościach więcej się mówi, niż robi, żeby je zniwelować.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.