statystyki

Bettina Bereś: W domu rodziców z każdego kąta wyłaził hipis. Najpiękniejszy był Pies, czyli Ryszard Terlecki [WYWIAD MAZURKA]

autor: Robert Mazurek27.04.2018, 07:12; Aktualizacja: 27.04.2018, 09:15
Bettina Bereś, artystka, w latach 1985–1989 współprowadziła galerię Zderzak w Krakowie. Od 1995 r. działa w Stowarzyszeniu Otwarta Pracownia.

Bettina Bereś, artystka, w latach 1985–1989 współprowadziła galerię Zderzak w Krakowie. Od 1995 r. działa w Stowarzyszeniu Otwarta Pracownia.źródło: Dziennik Gazeta Prawna
autor zdjęcia: Pawel Ulatowski

Mnóstwo ludzi się przez dom przewijało, z każdego kąta wyłaził hipis. Absolutnie najpiękniejszy z nich był Pies. Czyli Ryszard Terlecki, dziś wicemarszałek Sejmu. Był zjawiskowy. Najpiękniejszy, długie włosy, miał najpiękniejsze ubrania. Całe miasto go znało mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem artystka Bettina Bereś, córka Jerzego Beresia i Marii Pinińskiej-Bereś, rzeźbiarzy i performerów.

Kiedy zobaczyłem pani ojca po raz pierwszy, to odpadłem.

Jak wyglądał?

Miał imponujący kożuch pani mamy i był przepasany harcerskim paskiem.

Ale to nie był kożuch mamy. To było jego ukochane futro, które kupił w 1974 r.

Ja go w nim widziałem równo 35 lat później.

To było sztuczne futro, które ojciec kupił w Niemczech, gdzie miał wystawę w Bochum – i rzeczywiście do końca życia w nim chodził. Kilkakrotnie próbowałam zamienić je na coś lepszego, ale bez skutku. To było ukochane futro i tyle.

A pasek?

Był mój. W tej chwili używa go córka, studentka konserwacji. Miałam zresztą nadzieję, że będzie prawdziwą konserwatorką, ale ona skręca i wkrótce będzie jej wystawa...

Geny.

Nie da się ich oszukać.

Ojciec wyglądał jak artysta, a pani? Pięknie ubrana krakowska dama.

Artystki też są pięknie ubrane. Moja mama podbierała mi ubrania, a jak szłyśmy na wernisaż, to obie miałyśmy ochotę na ten sam ciuch. Wyrastałam w domu artystycznym i dla mnie wiele rzeczy było normalnych. Potem, powoli wychodząc z tego domu, dostrzegałam, że świat na zewnątrz wygląda inaczej.

Jak?

My nie mieszkaliśmy w dzielnicy artystów, tylko w plombie z lat 60., a obok, w latach 70., powstało jedno z nowych osiedli Krakowa. I my na tym osiedlu byliśmy totalnie widoczni, totalnie inni. Byłam przyzwyczajona do tego, że idę ulicą i wszyscy mnie zauważają pozytywnie i negatywnie. Szłam do szkoły i słyszałam: „Te, Beresiówna, k...a mać!”.

Mało rozwinięta wypowiedź.

No mało, ale takie zainteresowanie było na porządku dziennym, a przejście ulicą, a zwłaszcza w towarzystwie ojca, wiązało się z takimi atrakcjami. Choć z drugiej strony tatę uwielbiali wszyscy menele i dziwacy. Lgnęli do niego.

Wyczuwali bratnią duszę.

Ojciec zawsze z nimi rozmawiał, na końcu zawsze im coś dawał. A tatusiowie moich koleżanek pracowali w WSK, mamy były pielęgniarkami, zaś pracujący w sanepidzie byli elitą.

I na tym tle wy.

Ludzie, u których światło świeciło się w nocy, a kiedy o siódmej rano przychodził inkasent, to musiał długo dzwonić, w końcu otwierał mu zaspany i goły ojciec z pytaniem: „Czego pan chce?”. A przecież wszyscy inni zaczynali pracę o szóstej. No więc wstyd.


Pozostało jeszcze 85% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie