Widzę jak z czasem zdjęcia łagodnieją, ale uczucie, które chcę nimi wzbudzić pozostaje nadal. Każde uczucie jest dobre, gdy jest twoje - mówi PAP fotograf Przemek Dzienis. Wystawę jego zdjęć pt. "Pureview" można oglądać w warszawskiej Leica 6×7 Gallery.

"Pureview" to tytuł najnowszej wystawy w Leica 6×7 Gallery, będącej premierowym pokazem projektu. Abstrakcyjne pejzaże autorstwa Przemka Dzienisa, stanowią zapis jego konfrontacji z naturą - jej nieprzewidywalnością, nieustępliwością i drzemiącym potencjałem.

PAP: Abstrakcyjne pejzaże i znacząca rola gestu malarskiego; pierwszy kontakt z pracami pozostawia wrażenie, że stoją one w pewnej opozycji do tego, co robiłeś wcześniej.

Przemek Dzienis: Ta wystawa jest trudna, ponieważ - po pierwsze - jest ładna, przez co można odbierać ją tylko w kategoriach estetycznych, a - po drugie - niewielu jest takich, którzy poświęcaliby dużo czasu na refleksję. Najczęściej przyglądając się, mówią - to wygląda jak twarz, a to wygląda jak coś tam innego. Pewien krytyk sztuki powiedział, że ciężko ludziom jest odejść od takiego nazywania tego, co jest, na rzecz samego patrzenia. Już samo patrzenie jest pewnym odczuciem. Najlepiej, gdy ktoś patrząc na pracę nie rozpoznaje, co na niej jest. Odczuwasz to, ale tego nie nazywasz. Nie chcę przez to powiedzieć, że rzeczy, które zrobiłem są bezkontekstowe, ale tylko ładne. Mam wrażenie, że mnie krytykowano za to, że ja lubię jak sztuka jest ładna. A ja uważam, że w pierwszym odbiorze zanim zaczniesz to przetwarzać i szukać jej znaczenia lepiej jest, gdy się na coś dobrze patrzy.

Reklama

PAP: Wychodzisz ze studia, grasz z materią, odchodzisz od portretu. Co jeszcze zmieniło się w charakterze twojej pracy?

Przemek Dzienis: To pierwszy raz, gdy pracowałem tak ściśle z kuratorem. Od początku potrzebowałem kogoś, komu będę ufał, bo ja na potrzebę projektu naprodukowałem tych prac całą masę. Do tej pory wchodziłem do studia na dwa dni, robiłem zdjęcia i to było wszystko rozrysowane i zaplanowane. W najnowszym projekcie - codziennie po parę godzin w śniegu, chodziłem po kilka kilometrów w poszukiwaniu odpowiednich miejsc. Nagle powstaje taka ilość materiału, że potrzebowałem kogoś z zewnątrz, kto to nazwie i usystematyzuje.

Reklama

PAP: W opisie wystawy pojawia się informacja o tym, że fotografowałeś śnieg. To dobra decyzja, by w przypadku abstrakcyjnych prac zdradzać i nazywać to, co na nich widać?

Przemek Dzienis: Dla mnie było ważne, że to jest śnieg - biała materia organiczna, będąca studiem poza studiem fotograficznym. W kontekście całego projektu, był on punktem wyjścia. Ja potrzebowałem bieli, a to czy Kuba Śwircz to nazwał i w opisie wystawy zawarł informację, że na zdjęciach znajduje się śnieg, było jego decyzją - częścią kuratorskiej pracy. On to w taki sposób odczuł, ułożył i jest to jego bajka, z którą ja się absolutnie zgadzam, lecz ze świadomością, że nie zadowolisz wszystkich. Gdyby nie było informacji o śniegu, to - być może - pootwierałyby się inne drzwiczki, ale - z drugiej strony - nie żałuję tych drzwiczek.

Jechałem tam z założeniem, że zbuduję sobie studio. Dwie ściany oświetlane przez mocne światło od góry. Później jednak okazuje się, że gdy wstajesz rano - to, co budowałeś przez ostatnie kilkanaście godzin znajduje się pięć domów dalej. Przychodzi moment załamania projektowego, ponieważ nic z tego, co założyłeś nie może zostać zrealizowane. Trzeba to zmienić do tego stopnia, by całość założeń pozostawała w zgodzie z miejscem i jego naturą. Najwięcej czasu zajęło mi właśnie wyjście ze strefy komfortu. W przypadku każdego projektu mam najpierw moment ekscytacji, gdy pojawia się plan i wiem, co chcę zrobić. Po tym następuje okres spadku, gdy te założenia spotykają się z rzeczywistość. Jesteś długo, długo na dnie, aż do czasu przełomu, kiedy to się składa w całość i zaczynasz systematycznie pracować. To jest wspaniałe. Pamiętam, gdy znalazłem się nad wielką przełęczą tocząc ogromną kulę ze śniegu, kopiąc ją i krzycząc.

PAP: Nad ostatnim projektem spędziłeś w Szwajcarii łącznie pięć miesięcy. Działałeś pod presją inną niż ta wewnętrzna, aby wrócić do Polski z gotowym materiałem?

Przemek Dzienis: Nie, ponieważ nie miałem w tamtym momencie mieszkania, ani obowiązków. Mogłem siedzieć w Szwajcarii przez całą zimę. Jednak, robiąc komercyjne roboty masz rysunek, robisz zdjęcia najlepiej jak potrafisz i koniec. Okazało się, że tą komercyjną metodę pracy przełożyłem na wszystkie dotychczasowe projekty. Wynajmowałem sprzęt, studio i musiałem wiedzieć o wszystkim, co chcę zrobić.

Tutaj wolność i czas kontra natura, stwarzają ci taką presję, tym większą im mniej rzeczy udaje się wykonać. Początkowo nie miałem zaufania do siebie, ani nie byłem w stanie na bieżąco określić czy to, co robię - co ze mnie wychodzi - jest fajne czy nie. Część rzeczy, które zrobiłem tam na miejscu nie zostały udokumentowane, przez co przepadły. Dopiero po drugim miesiącu zorientowałem się, że nie jestem w stanie wszystkiego ocenić i muszę dokumentować całość. (...) Nie jestem fanem sztuki przez terapię, ale uważam, że jak coś z ciebie wyłazi to musisz mieć kogoś, kto zacznie to segregować i pomoże ci to zrozumieć.

PAP: W jakim stopniu to, co widzimy w "Pureview" jest realizacją uprzednio ustalonych założeń? Co skłoniło cię do wyjścia ze studia i na ile ta zmiana może wpłynąć na dalsze projekty?

Przemek Dzienis: Z tego, co sobie zaplanowałem, wykonałem zero procent. W przypadku poprzednich projektów - "Falling up", czy "I can't speak. I'm sorry" była to setka. Chcę zrobić sobie przerwę w planowanym robieniu zdjęć. Co nie znaczy, że ja się do "Pureview" nie przygotowałem, ale miałem nieco inne oczekiwania. Wstawałem rano i dzień w dzień pracowałem w pełnym słońcu - zwykle niesprzyjającej zdjęciom pogodzie. Zmuszałem się trochę. Wtedy zaczynasz sobie ufać, uczysz się tej materii, natury i tego, co ona ma do zaoferowania. Niektóre fragmenty malowałem tygodniami - część barwników wchłonął śnieg, na część napadał. Są to, więc bardzo proste gesty plastyczne, które zajmują dużo czasu. Zdawałem sobie sprawę jak ten projekt się skończy, ale nie wiedziałem jak do tego dojdę.

PAP: Można przeczytać o tobie, że na zdjęciach pokazujesz relację pomiędzy człowiekiem, a otaczającymi go obiektami i przestrzenią. To sprawdza się zarówno w przypadku wcześniejszych projektów - gdzie ta relacja jest widoczna - jak i obecnie w "Pureview" - gdzie mamy przestrzeń, a tym człowiekiem jesteś ty, mimo, że nie widać cię na zdjęciach.

Przemek Dzienis: Dobrze, że to zauważasz, bo większość ludzi po obejrzeniu wystawy pyta mnie "Gdzie jest ten Dzienis, który wgniata w ziemię? Ten absurdalny i mocny!" A moim zdaniem on tam jest, tyle, że podany bardziej syntetycznie. Czasami pojawia się problem braku pierwiastka ludzkiego, którego niektórzy na siłę doszukują się w tych zdjęciach. Jednak tutaj sama interwencja ma znaczenie - wejście z butami w krajobraz, przez co zaznaczona zostaje twoja obecność.

PAP: Jakie - poza etapem podporządkowanie się naturze - trudności napotkałeś podczas realizacji?

Przemek Dzienis: Te zdjęcia wydają się lekkie i proste, a był to najcięższy do zrealizowania projekt, jaki do tej pory wykonałem. Na zdjęciach nie widać skali, przez co odbiorca nie zdaje sobie sprawy jak duże były te obiekty. Wykorzystywałem filtry i lustra, przez co nie pokrywają się cienie. To wprowadza pewien niepokój, więc napięcie jest cały czas, ale podawane poprzez inne środki.

PAP: Planujesz pokazać obecną wystawę w innej przestrzeni? W jakiej formie?

Przemek Dzienis: Na pewno Fotofestiwal w Łodzi. Chciałbym także pokazać te zdjęcia w Szwajcarii. Ta wystawa z pewnością będzie się zmieniać w zależności od przestrzeni. Mam wiele zdjęć, które osobiście uwielbiam, ale Kuba Śwircz - kurator - stwierdził, że nie pasują do miejsca, w której obecnie je prezentujemy.

PAP: Czy w swoich pracach pokazujesz świat, jakim go widzisz, czy takim, jakim chciałbyś żeby był?

Przemek Dzienis: Myślę, że wypuszczam komunikat nie o świecie, który chcę widzieć, a raczej o pewnym uczuciu, które chcę wyzwolić. Niezależnie czy będzie to poprzez kawałek śniegu, czy poprzez typa wgniecionego w ścianę jak w przypadku "I can't speak. I'm sorry" - wolałbym, żeby to uruchamiało pewne uczucia. Niepokój, odraza, albo jakakolwiek forma pozostawiająca cię z czymś dziwnym, wręcz podskórnym. Teraz widzę jak z czasem te zdjęcia łagodnieją, ale to uczucie, które chcę wzbudzić pozostaje nadal. Stąd ta abstrakcja - każdy ma inny aparat dekodujący i każde uczucie jest dobre, gdy jest twoje.

PAP: Co teraz? Wracasz do studia?

Przemek Dzienis: Dopiero co obecna wystawa się otworzyła, więc ciężko mówić o planach. Nie mogłem znaleźć do niej tytułu. Do tej pory on pojawiał się, jako pierwszy, a za tym szedł cały kontekst. "Pureview" powstał jednak w kontekście romantycznym - o przejrzystości patrzenia, o czystości. Teraz mam tytuł do kolejnej wystawy - będzie się nazywała "Good grieve", czyli "dobry żal". Przechodzę na kamerę wielkoformatową, czuję, że będą to przestrzenie, ale nie wiem czy studyjne. Będzie o dziwnym tworze, jakim jest człowiek.

Rozmawiał Marek Sławiński (PAP)