źródło: Dziennik Gazeta Prawna

SERIAL Po finale „Czystej krwi” można było spodziewać się więcej. Nie popisali się twórcy serialu, odgrzewając stare wątki na chybcika, szyjąc całość byle jak i stosując niepotrzebne uproszczenia. Niestety, w ostatniej serii „Czystej...” poziom kiczu przekroczył znacznie nawet tę dawkę, którą dopuszczała konwencja (a ta była wysoka). Przypomnijmy, że miasteczko Bon Temps w Luizjanie nawiedziły już wszystkie możliwe plagi. Pozyskanie przez wampiry praw obywatelskich było zaledwie niewinnym początkiem. W okolicy od dawna grasowały już hordy wilkołaków, a w życie mieszkańców bezpardonowo wtrącały się wróżki. Odparto atak podstępnej Menady i zakusy nawiedzonej przez ducha wiccanki. Był bunt wampirów, było natarcie fanatyków z chrześcijańskiej sekty. Potem zniszczono fabrykę syntetycznej krwi i zmutowano wirus, dziesiątkujący populację krwiopijców. Przez siedem sezonów serialu wylano hektolitry krwi, był ostry seks, nie brakowało najbardziej perwersyjnej przemocy. Do końca rozgrywki dotrwali tylko główni bohaterowie: Sookie, Bill, Pam, Jessica i Jason. Dość powiedzieć, że twórcy „Czystej...” nie zakończyli ich wątków z takim polotem, z jakim zaczęli siedmioletnią przygodę z „True Blood”.

Czysta krew, sezon 7 | dystrybucja: Galapagos

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

DRAMAT O upadku Tima Burtona krzyczy się co najmniej od dekady, ale niejaki problem – choć to może nie najlepsze słowo – z jego kinem polega na prostym i pojmowanym cokolwiek arbitralnie argumencie, że widzowie dorośli, a reżyser nie. Bo to czy tamto już nie bawi jak kiedyś, bo na jedno kopyto. A kiedy Burton kręci inaczej niż zwykle, wtedy zaczyna się narzekanie, że za prosto, że nie jest tak, jak było dawniej. Słowem, zdaje się, że XXI wiek tego piewcę nadnaturalności zwyczajnie przeklął. Ale stosunkowo kameralne, zrealizowane z twórczą swobodą „Wielkie oczy” ucierają nosa niedowiarkom, że Amerykanin jeszcze potrafi. Prawdziwa historia małżeństwa Keane jest tak niewiarygodna, że aż zdaje się fantastyczna, zaś miłość Burtona do sztuki tworzonej przez jego bohaterkę urzeka szczerością i prostolinijnością. Mąż oszust podszywał się pod utalentowanego malarza latami, sprzedając obrazy ubezwłasnowolnionej Margaret jako swoje. Burton nie tyle przepisuje fakty, ile patrzy na nie ze swojej ekscentrycznej perspektywy, jak artysta na artystę, w pani Keane widząc kobietę dławioną przez męski świat. I przez cały ten czas pozostaje sobą, podpisując film swoją niezwykłą wrażliwością na obraz.

Wielkie oczy | reżyseria: Tim Burton | dystrybucja: Monolith

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

SERIAL Zdawałoby się, że dzisiaj inicjatywa realizacji, emisji, a potem dystrybucji seriali kostiumowych jest z góry skazana na porażkę, skoro niemal każda stacja telewizyjna ma swój flagowy tytuł oparty, dajmy na to, na fabularnych twistach, gęstych intrygach i przełamywaniu kolejnych granic. Nic bardziej mylnego. Brytyjczycy od lat wytrwale ekranizują klasyczne pozycje swojej literatury dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej, które gromadzą przez telewizorami tłumy, tym samym udowadniając, że podobne produkcje nie muszą być skostniałymi archaizmami. „Z Lark Rise do Candleford” to adaptacja na poły autobiograficznej trylogii Fiony Thompson traktującej o życiu na angielskiej prowincji przed przeszło stoma laty. Młoda Laura z niewielkiej osady Lark Rise przenosi się do miasteczka Candleford, gdzie zaczyna pracę jako urzędniczka pocztowa. Dziewczyna przypatruje się otoczeniu ze zdziwieniem charakterystycznym dla nastolatki dopiero poznającej życie. Próżno tu szukać morderstw i sensacyjnych intryg, dramaty są kameralne i osobiste, ale, tak jak i obraz społeczeństwa brytyjskiego tamtej epoki, przedstawiono je z dbałością o realizm i koncentrując się na portretach charakterologicznych.

Z Lark Rise do Candleford, sezon 1 | dystrybucja: Best Film