Tytuł albumu trafnie oddaje specyfikę całego amerykańskiego komiksu superbohaterskiego. Można śmiało przypuszczać, że Warrenowi Ellisowi, scenarzyście na tle tłumu pracowników Marvela wyjątkowemu, podobna ironia nie umknęła. Na kolorowych stronach zadrukowanych opowieściami o ratowaniu świata i galaktyki nawet śmierć nie jest ostateczna.

Komiks superbohaterski jest jak mityczny Uroboros, który pożera swój ogon, aby ponownie się odrodzić. Zresztą za oceanem rozpoczęto kolejną już rewolucję. Konkluzją publikowanej co dwa tygodnie serii „Secret Wars” będzie ustalenie nowego porządku komiksowego uniwersum, i to na kilku poziomach. Kolizja równoległych rzeczywistości Marvela zakończy się kasacją popularnego imprintu Ultimate oraz całkowitym przebudowaniem świata numer 616, czyli tego nam najbliższego, uznawanego za kanoniczny. Rzecz jasna na dymiących jeszcze zgliszczach prędko postawiona zostanie kolejna wieża Babel, którą nieubłagany taran rynku za parę lat zburzy. A potem odbuduje. I tak w kółko. Ale na tym polega koloryt amerykańskiego komiksu. Bohaterowie są przecież wieczni.

Album „Avengers: Wojna bez końca” pojawił się na rynku bez zapowiedzi, znienacka, a zaledwie dzień później wydawnictwo Egmont ogłosiło oficjalnie, że podpisało kontrakt z Marvelem na kilka serii, które mają się u nas ukazywać regularnie, obok tych z konkurencyjnego DC Comics.

Kolejne wydawnictwo sięga więc do marvelowskiej studni bez dna. Nie może być jednak mowy o przesycie. To raczej próba zaoferowania polskiemu czytelnikowi wyboru, jaki mają jego amerykańscy koledzy komiksiarze. Rzecz jasna trudno porównywać oba rynki, ale rozbudowanie oferty o regularne serie wydawane w miękkich oprawach, a co za tym idzie – za niższą cenę, skierowanych nie tylko do kolekcjonerów, ale i „przeciętnego czytelnika”, jest decyzją jak najbardziej zasadną. Pierwsze pozycje z logo Marvel NOW! – czyli te odświeżone parę lat temu, jeszcze u nas nieznane – mają zadebiutować w nadchodzące wakacje, a pośród nich znajdą się po dwa tytuły z X-Men i grupą Avengers, Spider-Man oraz Strażnicy Galaktyki. „Avengers: Wojnę bez końca” można uznać za swoistą forpocztę.

Sam komiks – wydany pod szyldem Marvel Original Graphic Novel – to swoiste przedłużenie pomysłu z lat 80., kiedy to wydawnictwo zdecydowało się publikować pojedyncze tomy będące zamkniętymi historiami, niemające ścisłego związku z główną osią fabularną danej serii. Dało to szansę prominentnym autorom na stworzenie opowieści nieobarczonych ciężarem poprzedniego/następnego zeszytu. „Avengers” Ellisa ukazało się w oryginale niecałe dwa lata temu i inicjowało nową linię wydawniczą. I nie jest to radosna opowiastka przypominająca te z kinowego ekranu.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ellis mówi raczej o nieuchronności losu, o tym swoistym żarcie przeznaczenia, jakim okazuje się superbohaterstwo, o błędnych decyzjach, pysze ludzkiej i boskiej oraz echach przeszłości, które – jak to w komiksach bywa – dźwięczą w uszach nawet po latach. Niby nie brak tutaj klasycznego ratowania Ameryki ani rozpisanych na kilka stron zmagań z ogromnymi monstrami, ale Ellis odchodzi od schematu, rozpisując fabułę ponurą i nieprzynoszącą oczyszczającego finału, zagraną na defetystyczną nutę. Kapitan Ameryka, rozbitek w postnowoczesności, oddał życie na wojnie i narodził się ponownie, aby na wojnie służyć. Thor, jeśli przypomnieć sobie mitologię nordycką, toczy boje, aby umrzeć w boju. Obu prześladują czarne myśli prowadzące do jednego tylko wniosku – walka faktycznie nie ma końca.

Czytając ostatnie strony komiksu Ellisa, można odnieść wrażenie, że obcuje się z postaciami komiksowymi obdarowanymi samoświadomością, zmęczonymi nieustannymi bataliami dobra ze złem, mającymi dość tego odwiecznego cyklu śmierci i narodzin. Ale nie ma dla nich wytchnienia.