Nie chodzi nawet o samo miasto, lecz o podhalańskich górali, zatrudnionych przez narodową mitologię na etatach super-Polaków, lechickiego plemienia reprezentującego najlepsze cechy polskości – cechy najczystsze, wyselekcjonowane przez stulecia górskiej izolacji – czyli fizyczne piękno i siłę, ludową mądrość, niezłomną wolę przetrwania oraz wiarę w Boga. Idea góralskiej doskonałości jest, rzecz jasna, rasistowska, ale w XIX w. nikt się specjalnie rasizmu nie wstydził.

Faktyczne (i znacznie bardziej skomplikowane) pochodzenie mieszkańców Beskidów i Tatr nie ma nic do rzeczy, gdy w grę wchodzi polityka tożsamości. Wprawdzie ludzie mówiący prawie identycznym dialektem po drugiej stronie gór mogą uchodzić za czołowych przedstawicieli narodu słowackiego, ale to już nie są nasi górale. Tak się jednak złożyło, że naszych górali za górali swoich postanowili w czasie II wojny światowej uznać naziści, snując antropologiczne fantazje o przynależności Podhalan do zagubionego plemienia germańskich Gotów. Znaleźli nawet na Podhalu grupkę chętnych, by podjąć to wyzwanie. I w ten sposób z nazistowskiej fantazji narodził się Goralenvolk, naród góralski pod patronatem Hansa Franka i Heinricha Himmlera, w zasadzie jedyna jawna próba kolaboracji Polaków z niemieckim okupantem. Że padło akurat na górali, to szczególna ironia losu.

Jest to, tak czy owak, sprawa wielce wstydliwa. Bartłomiej Kuraś i Paweł Smoleński w „Krzyżyku niespodzianym” (tytuł pochodzi od podhalańskiego określenia swastyki, symbolu znanego tam od stuleci) postanowili popularyzatorsko naświetlić rozmaite konteksty tej kolaboracji, a także rozwiać parę stereotypowych przekonań na jej temat. I to się udało – „Krzyżyk niespodziany” nie jest może opracowaniem wyczerpującym temat, ale daje czytelnikowi satysfakcję z przełamania własnej ignorancji.

Ciekawe, że dwóch głównych ideologów politycznego transferu góralszczyzny ze Słowiańszczyzny do Wielkich Niemiec – Henryk Szatkowski i Witalis Wieder – nie pochodziło z Podhala. Zarówno zresztą Szatkowski, legionista Piłsudskiego, działacz sanacyjny, jak i Wieder, przedwojenny oficer polskiego wojska, skutecznie zbiegli z Zakopanego wraz z wycofującą się niemiecką armią i uniknęli jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej. Dziejowa sprawiedliwość (czymkolwiek jest) dosięgła za to większość lokalnych działaczy zaangażowanych w kolaborację, w tym samego Goralenfürsta Wacława Krzeptowskiego – AK wykonała na „księciu górali” wyrok za zdradę, wieszając go przy drodze z Zakopanego do Kościeliska. Marnie to świadczy o słynnym góralskim sprycie. Wierchuszka Goralenvolku wykazywała się zresztą taką nieudolnością, że nawet Niemcy dość szybko zwątpili w możliwość owocnej współpracy. Było tak – trzeba podkreślić – również dlatego, że miejscowi nawet pod przymusem raczej nie kwapili się, by padać nazistom w ramiona, a wielu aktywnie angażowało się w ruch oporu. Osobliwie podzielony był elitarny ród Krzeptowskich, z którego wywodzili się zarówno naczelni prominenci góralskiego satelity Trzeciej Rzeszy, jak i wybitni przeciwnicy nazizmu, choćby legendarny kurier Józef „Ujek” Krzeptowski.

Magazyn na weekend

Magazyn na weekend

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Hitlerowskie przejęcie Podhala, choć nadgryzło góralski etos na lata, było jednak, co ważne, przedsięwzięciem mocno nieudanym, by nie powiedzieć: żałosnym. Nawet szefostwo Goralenvolku grało na dwie strony – w klanowej społeczności to nic dziwnego. Być może trzeba podjąć próbę spojrzenia na tę całą aferę również z innej perspektywy: jako na przegraną taktycznie próbę przetrwania w warunkach długiej wojny. Rzesza miała przecież istnieć przez całe następne tysiąclecie.