"Infinity Pool" When Saints Go Machine to nie jest wesołe granie, raczej mroczna wizja środka nocy. Jest niepokojąco, niepewnie i niekomfortowo.

Najpierw do kwartetu z Kopenhagi przyciągnęła mnie nazwa. Na szczęście okazało się, że za nią stoi też porządna warstwa muzyczna. „Infinity Pool” to drugi krążek Duńczyków, którzy w swoim kraju dorobili się już sporych sukcesów. W dużej mierze wypełnia go jakby lejąca się w zwolnionym tempie elektronika z sennymi wokalami. Trochę to zatopione w sosie z lat 90. smakującym industrialem, a nawet rave’u.

To nie jest wesołe granie, raczej mroczna wizja środka nocy. Jest niepokojąco, niepewnie i niekomfortowo. Słuchanie tego materiału w nocy może nie być łatwe. Zresztą sami członkowie When Saints Go Machine obawiają się tych piosenek. A jak mówią: „Jeśli obawiasz się trochę tego, co chcesz zaprezentować, to jest to uczucie, które powinien mieć w sobie każdy artysta”. I mają sporo racji.