Zachwycają się nimi tacy artyści jak Bono, Thom Yorke, Robert Plant i Carlos Santana, a oddanych fanów mają na całym świecie. Afrykańska grupa Tinariwen podbija zachodnie rynki najnowszą płytą „Emmaar”

W nowych piosenkach pogłębiamy fascynację pustynią. To naturalne środowisko naszego życia, innego nie znamy. Ciągle odkrywamy nowe pustynie, ale wszystkie wydają się znajome i bliskie. Zwierzęta i rośliny mogą się różnić, ale duch jest ten sam: słońce, księżyc, gwiazdy i poczucie wolności. Tam jest nasz dom” – tłumaczy gitarzysta Abdallah Ag Alhousseyni. W latach 90. nagrania Tinariwen powstawały na Saharze – na północy Mali w okolicach wioski Tessalit, którą zamieszkuje plemię Tuaregów. Na początku minionej dekady ich pustynny blues dotarł do Europy i do Ameryki, gdzie znaleźli się wydawcy, producenci i publiczność zainteresowana świeżym zjawiskiem w świecie muzyki. Ostatni album „Tassili”, nagrodzony Grammy, został zarejestrowany niedaleko Djanet między Libią a Algierią, a dokończony w Paryżu i Mali. Gościnnie w nagraniach udział wzięli członkowie TV On The Radio i Nels Cline (Wilco). Na nagranie „Emmaar” muzycy wyruszyli tym razem do Ameryki na pustynię w parku Joshua Tree, a w studiu wspomogli ich Josh Klinghoffer (Red Hot Chili Peppers), Matt Sweeney (Bonnie Prince Billy) i poeta Saul Williams. „Pierwszy raz zostaliśmy zmuszeni do wyjazdu z Afryki. Chcielibyśmy żyć w pokoju w Mali, ale jest to trudne. Nie ma tam rządu, banków, nie ma jedzenia ani energii. Pojechaliśmy do Kalifornii, bo potrzebowaliśmy znaleźć się na pustyni, tam dobrze się czujemy i możemy tworzyć” – tłumaczy basista Eyadou Ag Leche. „Oczywiście atmosfera była inna. Podróżowaliśmy po Kalifornii, Arizonie, Nowym Meksyku i Teksasie. Czuliśmy w powietrzu inny klimat, za oknem widzieliśmy inne widoki, odwiedzaliśmy nieznane miejsca. A w studiu oglądaliśmy dużo westernów i zajadaliśmy się burritos.

Nasz producent pochodzi z Nashville, więc też miał wpływ na inne brzmienie”. W odróżnieniu od poprzedniej płyty, bogato zaaranżowanej i nowocześnie zrealizowanej, ta jest powrotem do surowego, korzennego grania z pogranicza bluesa, folku i psychodelii. Utwory zdominowane są przez gęste, jednostajne i lekko przesterowane partie gitar napędzane rytmicznie żywymi bębnami i klaśnięciami. A chropowate, solowe głosy wspierane są wspaniałymi harmoniami śpiewanymi chórem. Z zestawu dosyć podobnych utworów wyróżniają się „Toumast Tincha”, wprowadzający w ciepły, pustynny klimat, mroczne, ciężkie „Tahalamot” i „Sendad Eghlalan” oraz dla równowagi melodyjne i pobierzmiewające echem afro-popu „Imdiwanin ahi Tifhamam Emajer”. A na finał jeszcze piękna ballada „Aghregh Medin” zagrana akustycznie. „Teksty opowiadają o tym, co dzisiaj czujemy. Opisy często są poetyckie, bo w języku tamashek używa się wielu metafor, które wywodzą się z naszej poezji. Opowiadamy o naszym plemieniu, przygodach, o walce o nasze państwo, a także o pięknie pustyni, o niebie, ziemi, o naszym smutku i tęsknocie za dawnymi czasami” – wyjaśnia Eyadou Ag Leche. Ten przekaz sprawia, że na Zachodzie panuje ogromne zainteresowanie bluesem z pustyni, a grupa porównywana jest z Bobem Marleyem czy Felą Kutim. W ślad za jej sukcesem na międzynarodowych rynkach pojawiły się kolejne doskonałe zespoły, m.in. Bombino, Tamikrest, Terakaft. I jeśli wierzyć ostatnim zapewnieniom François Hollande’a i Dioncoundy Traorégo, sytuacja Tuaregów w Mali również wkrótce ma się poprawić.