Australijski zespół The Jezabels zadebiutował w 2011 roku pełnoprawnym krążkiem „Prisoner”, wcześniej wydali kilka epek. Swoim rockowym zacięciem w klimacie przypominającym lata 80. i 90. zachwycili rodzimą Australię.

Ich muzyka pojawiła się w reklamach i serialach (m.in. „Czysta krew”). W ostatnich dwóch latach zagrali mnóstwo koncertów na całym świecie, supportując chociażby Garbage, Depeche Mode czy Pixies. W końcu zmierzyli się z kolejnym nowym materiałem. Na „The Brink” The Jezabels brzmią trochę, jakby dla zespołu Shakespeare’s Sister tematy nagrał The Edge z U2. Z jednej strony kawałki brzmią popowo, a z drugiej nie brakuje w nich mroku i rockowego zacięcia. Momentami towarzyszą im przy tym dźwięki smyczków i fortepianu. Delikatny wokal Haley Mary pasuje do tego muzycznego świata, choć momentami chciałoby się, żeby zespół poszedł w bardziej zadziorną stronę. Całość znakomicie wyprodukował Daniel James Grech-Marguerat, współpracownik The Vaccines, Lany Del Rey, Scissor Sisters, Moby’ego, Becka i Radiohead. Pytanie, czy zrezygnowanie z surowości, na którą pozwalali sobie na „Prisoner”, na rzecz niemal tanecznych klimatów wyjdzie im na dobre w dłuższej perspektywie. Czasami brzmią bowiem niebezpiecznie blisko pompatycznego 30 Seconds to Mars, choć na szczęście The Jezabels proponuje mniej infantylne teksty. Perkusista kapeli Nik Kaloper pytany przez portal Musicis.pl o największą różnicę między ich dwoma długogrającymi albumami powiedział: „Według mnie »The Brink« brzmi zdecydowanie inaczej. To brzmienie, którego do tej pory tylko próbowaliśmy. Jest bardziej dopracowane i komercyjne. Chcemy, żeby nasza muzyka tak brzmiała”. Żeby tylko ta komercja ich nie zgubiła.