Laibach rusza na wschód. Zespół pierwszy dzień wiosny przywita w Hongkongu, gdzie tamtejszy uniwersytet na cześć grupy zorganizował dwudniową sesję naukową.

Wykłady i dyskusje na temat działalności Laibacha są nie tylko olbrzymią nobilitacją dla formacji. Otwierają wszak przed słoweńskim zespołem nowe możliwości, i to bardzo obiecujące.

Nie tylko pod względem ekonomicznym, lecz także ideologicznym. Bo Laibach za cel oprócz sprzedaży płyt stawia sobie sianie fermentu artystycznego i filozoficznego. Stąd te wszystkie konteksty i podteksty, z których grupa buduje image „czegoś więcej niż tylko zespołu pop”. Robi to zresztą na tyle konsekwentnie, że od 34 lat, kiedy to stała się oficjalnym muzycznym skrzydłem artystyczno- filozoficznej formacji Neue Slowenische Kunst (Nowa Słoweńska Sztuka), świat nie potrafi się połapać, czy są faszystami, komunistami, czy tylko zwykłymi prowokatorami. „Tacy z nas faszyści, jak z Hitlera malarz”, mówią muzycy Laibacha. Równocześnie zarzekają się, że największy wpływ na ich twórczość mieli: Tito (Josip Bros – jugosłowiański polityk), Toto (amerykańska supergrupa mieszająca pop, soul, funk, rock progresywny, hard rock, R&B z jazzem) oraz Tati (Jacques – francuski odpowiednik Chaplina, odtwórca roli Pana Hulot).

Reklama

Rozwiązania problemu nie przyniesie także najnowszy album Laibacha „Spectre”. Zespół wykonał bowiem kolejną polityczną i estetyczną woltę. I choć w dalszym ciągu zagrzewa do rewolucji, to tym razem robi to z pozycji liberalnych obserwatorów. Otwierająca album piosenka z „Whistleblowers” (z gwizdanym refrenem i werblami) to z kolei odpowiedź na słynny „Colonel Bogey March” z filmu „Most na rzece Kwai”. Zresztą Laibach prowadzi swoją postmodernistyczną grę z popkulturą na znacznie szerszą skalę: tytułowy „Spectre” to nie tylko model pistoletu maszynowego, ale też nazwa międzynarodowej organizacji terrorystycznej, z którą walczył James Bond. Do tego odniesienia do arabskiej wiosny („Koran”), pochwała cyfrowych anarchistów Bradleya Manninga, Edwarda Snowdena czy grupy Anonymus („Whistleblowers”), nawiązania do antyutopii Eugeniusza Zamiatina „My” („We Are Millions and Millions Are One”). A w wersji rozszerzonej płyty covery piosenek Serge’a Gainsbourga i Blind Lemona Jeffersona. „Europa się rozpada” grzmi Milan Fras w refrenie piosenki „Eurovision”. Taki obrót spraw zapowiadał już osiem lat temu, śpiewając na płycie „Volk” własne wersje 14 różnych hymnów narodowych. Wtedy brzmiało to absurdalnie, dzisiaj jest zdecydowanie bardziej złowieszcze. Numer „Resistance Is Futile” rozpoczyna inne, skłaniające do przemyśleń, stwierdzenie: „To jest blitzkrieg, opór jest bezcelowy”, a wszystko to na bicie łudząco podobnym do tematu przewodniego z filmu „Gliniarz z Beverly Hills”. Bo Laibach znacznie rozszerzył swój arsenał dźwięków. W dalszym ciągu brzmi trochę jak Rammstein, jednak oprócz dobrze znanych, wagnerowskich fanfar, marszowych werbli oraz industrialnych zgrzytów pojawiają się więc nowoczesne dubstepowe rytmy. To właśnie dzięki tym popowym chwytom „Spectre” tak silnie uzależnia. Jakikolwiek opór jest bezcelowy…

Laibach | Spectre | Mute | Recenzja: Hubert Musiał | Ocena: 4 / 6