Sztuki Tennessee Williamsa są kopalnią wiedzy o ludziach – mówi Jacek Poniedziałek. Teksty amerykańskiego pisarza ukazały się w przełożonym przez niego zbiorze „Tramwaj zwany pożądaniem i inne dramaty”

Co jeśli na początek powiem, że rola tłumacza to twoja najlepsza rola w życiu?

Tramwaj zwany pożądaniem i inne dramaty / Media

Nie czuję się urażony, bo kocham tłumaczyć. I nie przypadkiem ta rola pojawiła się na mojej zawodowej drodze. Dotychczas przełożyłem około 25 różnego typu dramatów i adaptacji. Nie przypadkiem współpracowałem właśnie przy adaptacjach z Krzysztofem Warlikowskim i Piotrem Gruszczyńskim, nie przypadkiem coś wyreżyserowałem. Jest tak, ponieważ aktorstwo mi nie wystarcza. Nie jestem tak organicznym, tak fenomenalnym aktorem, jakbym chciał i jak mi podpowiada ambicja.Wolę też oglądać innych aktorów niż siebie. Zresztą pracuję w specyficznym teatrze – wszyscy tu jesteśmy multiinstrumentalistami, np. Maciek Stuhr też pisze, robi kabaret, gra na pianinie i śpiewa, jest świetnym konferansjerem. Staszka Celińska i Ewa Dałkowska śpiewają i też często pokazują się w kabaretach. Andrzej Chyra reżyseruje teraz „Graczy”Szostakowicza w Operze Bałtyckiej i też nieźle pisze. Marek Kalita sporo reżyseruje w teatrach w całej Polsce. Tłumaczenie, reżyserowanie, granie w teatrze i pisanie felietonów – te cztery zajęcia dają mi poczucie pełni. Samo aktorstwo jest czymś, co mnie już dziś mierzi, nuży. Chciałbym teraz tworzyć jedną rolę w roku. I tyle. Ale prędko to nie nastąpi, bo w tym sezonie mam ich przed sobą cztery!

Zdaje się, że nie przypadkiem też zająłeś się Tennessee Williamsem?

Od iluś lat ten gość siedzi mi w głowie. Jako dorastający chłopak oglądałem „Tramwaj zwany pożądaniem” i „Kotkę na gorącym blaszanym dachu”. PRL-owskiej cenzurze te filmy nie wydawały się groźne, dlatego puszczali je w telewizji. Zresztą w stosunku do swych literackich pierwowzorów rzeczywiście były grzeczniutkie. Oryginały są bowiem zjadliwe, ostre, obyczajowo śmiałe, politycznie drapieżne, czasem – pomimo poetyckiego języka – dość wulgarne. Na lata zapadły mi w pamięć dwie postacie mężczyzn – obydwaj piękni i fatalni, obydwaj powalający, lecz brutalni lub chociaż bezwzględni wobec kobiet. To Kowalski z „Tramwaju” i Brick z „Kotki”. Czyli Marlon Brando i Paul Newman. Za nimi właśnie podążała intuicja homoseksualnego esprit, które już odtąd nieodłącznie towarzyszyło każdej myśli oWilliamsie. Trzy lata temu Krzysztof Warlikowski poprosił mnie o przetłumaczenie „Tramwaju…”, który przygotowywał dla Odéon-Théatre z Isabelle Huppert w roli Blanche i Andrzejem Chyrą w roli Kowalskiego. Miała się potem odbyć polska premiera z aktorami naszego zespołu, ale do niej nie doszło. Przygotowałem wówczas jednak szkicowy przekład tej sztuki. Byłem przekonany, że przeleży w szufladzie, aż tu 15 miesięcy temu odezwał się do mnie redaktor Lis z wydawnictwa Znak, który słyszał w teatrze moje tłumaczenia „Kruma” oraz „Aniołów w Ameryce”. Zaproponował mi przekład pięciu sztuk Williamsa. Dostałem na nie rok – to mało czasu, kiedy ma się dodatkowo spektakle, próby, wyjazdy z teatrem, itd. Nie przeczytałem przez ten rok ani jednej książki – nie miałem czasu.

Bo sam ją pisałeś…

W pewnym sensie tak, tłumacząc, trochę pisze się na nowo.A co do książek, to rzeczywiście Tennessee Williams miał ten powieściopisarski temperament, który objawiał się w jego didaskaliach.Wnich, jakby na marginesie drąży zjawiska społeczne i obyczajowe, zajmuje się nie tylko portretami postaci, lecz także polityką, historią, ujawnia swoje zainteresowanie mężczyznami, daje wskazówki sceniczne, tworzy zapis teatralnej rzeczywistości. Ponadto zostawia w nich ślad swojego światopoglądu. Podobnie jak dialogi, jego didaskalia mają często dość poetycki charakter, np. „Jej oczy i usta mają w sobie ten niemal narkotyczny spokój wschodnich guru”.Wswoich dramatach łączy więc różne gatunki literackie. I we wszystkich doszedł do mistrzostwa.



Pewnie tym trudniej go przełożyć. Jak wobec tego zachować wierność autorowi, zachować proporcje, skoro używa się współczesnych słów, akcję wkłada się we współczesny kontekst?

Starałem się jednak być wierny. Zwłaszcza duchowi jego sztuk. I ich poetyczności. To tak jak z Szekspirem, gdyby przetłumaczyć wiernie słowo w słowo, mógłby być dla wielu niestrawny. „Burza” byłaby zapisem serii zaklęć. Czasem trzeba poddać tekst liftingowi. Niektóre napisane kilkadziesiąt lat temu sformułowania usypiają uwagę czytelnika. I w ten sposób tekst zamyka się w szufladzie pt. „przeszłość, staroć”.Williams na to nie zasługuje.

A przypadkiem nie tęsknimy czasem do dawnego języka, nie szukamy w literaturze portretu innej rzeczywistości? I co w takiej sytuacji z odpowiedzialnością tłumacza?

Owszem, tęsknimy, dlatego nie używałem jakiejś ulicznej nowomowy. Próbowałem zachować ducha tamtej epoki, np.w monologach Blanche czy Amandy ze „Szklanej menażerii”. Oczywiście, czułem wielką odpowiedzialność, tym bardziej że to nie są nowe dramaty, które można sprzedać na polski rynek i zainteresować sceny nowym zjawiskiem teatralnym, tylko literacki punkt odniesienia, klasyk literatury światowej. Ta myśl z jednej strony trochę przeszkadza, z drugiej porządkuje i studzi gorącą głowę.

Twoje tłumaczenia są całkiem inne od znanych w Polsce przekładów Kazimierza Piotrowskiego czy Eugeniusza Cękalskiego. Są odważne, chwilami mogą szokować, na pewno są napisane bez kompromisów i bez kompleksów. Dzięki temu udało ci się uchwycić intencje Williamsa i klimat Południa.

Dziękuję. Kosztowało mnie to trochę pracy. Musiałem przetrawić dużo wiedzy. Akcja sztuk Williamsa rozgrywa się na legendarnym Południu, mamy Luizjanę, Florydę, Mississippi, Tennessee, czyli rdzenne stany z określoną muzyką, kuchnią, architekturą, konserwatyzmem, podejściem do rodziny, patriotyzmem.Williams żongluje tu językowymi skrótami, posługuje się lokalną mową z wieloma francuskimi wpływami. To wielka przygoda. Jego sztuki są kopalnią wiedzy o tamtych ludziach i ich obyczajach, są odbiciem natury Williamsa i jego skłonności do intensywnego życia, zabawy, seksu. Tego wszystkiego rzeczywiście nie ma w dotychczasowych polskich przekładach. Są bardzo grzeczne, spłaszczone.

Okładka z Marlonem Brando w obcisłym białym podkoszulku na krwiście czerwonym tle. Wydanie książki jest nietypowe dla dramatu…

Bo kto dziś kupuje dramaty? Domy kultury, biblioteki, teatry, studenci polonistyki i szkół teatralnych, literaturoznawcy i teatrolodzy. Ludzie wolą powieści, biografie, książki historyczne. Wydawnictwo „Znak” chce trochę odczarować ten gatunek, żeby go upowszechnić, zdjąć z piedestału.

Skoro tak spełniasz się w roli tłumacza, czym chciałbyś się jeszcze zająć?

Zasadzam się na „A Bright Room Called Day” Kushnera – to swoista parafraza „Kabaretu” Boba Fosse’a. Akcja też dzieje się w latach 30.w Berlinie, w środowisku artystów, których przyjaźń rozpada się tak jak całe społeczeństwo. I czekam, aż jakiś tekst do mnie przyjdzie, bo wierzę w przeznaczenie.

TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM I INNE DRAMATY | Tennessee Williams | przeł. Jacek Poniedziałek | Znak 2012