"Wraki" to jeden z tych spektakli, które powstają za przysłowiowych kilka złotych. Na scenie jeden aktor, pusta przestrzeń, której głębię modeluje światło. Dekoracje Agnieszki Zawadowskiej ograniczone do minimum, aby nic nie odciągało uwagi od bohatera. Monodram Neila LaBute’a wyreżyserowała Agnieszka Lipiec- -Wróblewska, która swoimi ostatnimi pracami udowadnia, jak bardzo czuła jest na aktorów. Chwilę temu w foyer warszawskiego Teatru Syrena widziałem Wojciecha Malajkata w roli Obłomowa – zabawnej i przejmującej jednocześnie. Teraz we „Wrakach” Jacek Poniedziałek świadomie gra z własnym wizerunkiem, bawi się nim i go rozszerza.

Znajduje do tego pretekst w utworze amerykańskiego dramaturga. Do niedawna jeszcze traktowaliśmy Neila LaBute’a jako raczej przeciętnego dostawcę scenicznej konfekcji, scenarzystę bardziej niż pisarza pełną gębą. Przez polskie teatry przemaszerował jego „Kształt rzeczy”, ale przyczyn jego sukcesu szukałbym w powierzchownej atrakcyjności tekstu oraz w łatwości jego wystawienia. Dopiero zrealizowane przez Grażynę Kanię w Teatrze Narodowym „W mrocznym, mrocznym domu” z wielką rolą Grzegorza Małeckiego ukazało bolesne oblicze jego twórczości. „Wraki” należą do tej samej kategorii. Wskazują najważniejszy chyba temat dramatopisarstwa LaBute’a – opowieść o tym wszystkim, co dotyka ludzkiej seksualności, a mieści się poza przyjmowanymi nawet przez liberalne społeczeństwo normami. Ono dostrzeże w tym anomalię, dewiację, nawet zboczenie, my na widowni – miłość ekstremalną. We „Wrakach” to przesłanie wybrzmiewa ze szczególną siłą.

Jacek Poniedziałek gra tu mężczyznę, który szykuje się do mowy pogrzebowej nad urną z prochami żony. Młodszy o 15 lat przeżył z nią ponad dwie dekady. Śmierć przyjął z ulgą, bo mógł być przy niej do końca. Teraz rozlicza się przed nami z samym sobą, spowiada z miłości większej niż życie. Skandalizująca pointa „Wraków” jest haczykiem rzuconym publiczności, czy da się nabrać na pozorny eksces amerykańskiego pisarza. Tak traktują ją także Lipiec-Wróblewska z Poniedziałkiem, podkreślając, że „Wraki” można, a nawet powinno się czytać jako historię o współczesnym Edypie. Utwór LaBute’a dla niejednego wykonawcy mógłby być niebezpieczny, budzi bowiem pokusę, by zagrać dużo za dużo. Grać krzykiem i emocjami. Poniedziałek tymczasem proponuje na scenie w dawnym kinie Wars przeciwieństwo takiego aktorstwa. Przez ponad godzinę ani razu nie podnosi głosu, prowadzi dialog z widownią, podkreślając emploi wiecznego, choć podstarzałego już chłopca. Tylko papieros od papierosa i czasem głos więznący w gardle – mało, ale tylko tyle trzeba. Monodram Poniedziałka jest miarą jego artystycznej dojrzałości, kolejnym polem, na które z powodzeniem wchodzi.

Gdy bowiem patrzę dzisiaj na Jacka Poniedziałka, widzę człowieka w nieustannym ruchu, szukającego sobie nowych miejsc ryzykanta. Jest jednym z najważniejszych aktorów Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego, jego ikoną, jedną z jego twarzy także poprzez olbrzymie utożsamienie się ze sztuką tego artysty, przyjęcie jej jako własną wypowiedź. Pierwszy raz zagrał Poniedziałek u Warlikowskiego w „Markizie O.” w krakowskim Starym Teatrze jeszcze na początku lat 90. Potem stał się jego najbliższym współpracownikiem, a jako aktor niemal niezmiennym elementem kolejnych inscenizacji. Grał w „Oczyszczonych”, „Bachantkach”, „Burzy”, był słynnym, w jednej scenie nagim Hamletem, a więc naznaczył swoją intensywną obecnością spektakle, które zbudowały legendę Warlikowskiego. Aktorstwo Poniedziałka z tych przedstawień nie było mi bliskie, podobnie jak i ówczesne projekty Warlikowskiego. Mało ceniłem na przykład sztukę Sarah Kane. Gdy inni mówili o oczyszczającym szoku, nie ukrywałem znudzenia. Zdecydowanie większe wrażenie zrobiła na mnie świetna rola Poniedziałka w „Ocalonych” Edwarda Bonda, zrealizowanych w Starym Teatrze przez izraelskiego reżysera Gadiego Rolla. Grał tam m.in. z Magdaleną Cielecką i Markiem Kalitą, potem ważnymi postaciami w zespole Warlikowskiego. To było rzeczywiście widowisko bez znieczulenia, powalające aktorską konsekwencją, czasem boleśnie mocne. Od premiery niebawem miną dwie dekady, a ja wciąż „Ocalonych” pamiętam. I ciągle sądzę, że odwagą przebijali zdecydowaną większość przedstawień tak zwanych młodszych zdolniejszych.

Poniedziałek naznaczony przez Kraków z Krakowa uciekł. Najpierw grał w Narodowym, w Warszawę wsiąkł jednak dzięki środowisku Teatru Rozmaitości, także składającemu się w sporej części z dezerterów spod Wawelu, potem zaś dzięki grupie skupionej wokół Warlikowskiego. Nie protestował, gdy przyczepiano mu łatkę króla życia, w mediach pojawiał się nie tylko przy teatralnych tematach. Doszedł do tego – znacznie później – coming out, który sprawił, że Poniedziałek stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich gejów. Ich sytuacji poświęcony był w przeważającej mierze wywiad rzeka „Wyjście z cienia” przeprowadzony z aktorem przez Renatę Kim, a opublikowany przed trzema laty. Zaangażowanie Poniedziałka, a także to, że media uczyniły z niego autorytet od wszystkiego, a on tę funkcję zbyt ochoczo przyjął, sprawiły, że mniej zwracaliśmy uwagę na jego działalność na własnym terenie, czyli w teatrze. Był wspaniałym Krumem w wielkim przedstawieniu Warlikowskiego, potem grał przejmująco w „Aniołach w Ameryce” Kushnera, przez siebie zresztą przetłumaczonych. Jego aktorstwo zmierzało do znanej z „Kruma” powściągliwości, co nie oznaczało jednak oschłości, bo pulsowało emocjami. Jednak nie wszystkie role nawet w dawkowanych rzadko (mniej więcej raz na rok) spektaklach szefa Nowego Teatru dały się zapamiętać. Występy Poniedziałka w „(A)polonii”, „Końcu” albo „Opowieściach afrykańskich według Szekspira” nie wryły mi się w pamięć. W „Kabarecie warszawskim” gra Justin Vivian Bond, transseksualną artystkę znaną z filmu „Shortbus” Johna Camerona Mitchella. Rola ta nie rozszerza wizerunku aktora, ale to jemu trafia się do wypowiedzenia nieformalny manifest Nowego Teatru. Teatru, który jest dla niego najważniejszy, ale który chyba powoli przestaje mu wystarczać.

Można go dzisiaj oglądać w „Weekendzie z R.” Hawdona w Och-Teatrze u Krystyny Jandy, gdzie na farsową nutę bawi się stereotypowym wizerunkiem geja. Grywa w Komedii na warszawskim Żoliborzu. Próbował swoich sił jako reżyser, z młodymi aktorami wystawiając w Imce „Osamę bohatera” Kelly’ego. Różnorodne zadania, czasem jak połączenie ognia z wodą. Jak bowiem połączyć teatr Warlikowskiego z farsami w Ochu i Komedii? Może po prostu łączyć nie trzeba, a tylko stwierdzić, że Jacek Poniedziałek doszedł do chwili, gdy w zawodowym życiu bardziej docenia płodozmian, zabawę sobą, nakładanie masek. Poniedziałek gra dziś w czterech warszawskich teatrach, a spodziewam się, że na tym się nie skończy. Może wszystkie jego projekty spaja ciekawość aktora, każąca mu wtykać nos w pozornie nie swoje sprawy. Dochodzą przecież jeszcze tłumaczenia – już w sobotę w Teatrze Dramatycznym premiera „Absolwenta” Johnsona w jego przekładzie. Dramaty Tennessee Williamsa dzięki pracy Poniedziałka powinny zacząć na scenach nowe życie. „Anioły w Ameryce” są translatorskim majstersztykiem. Być może grając tyle i tak wiele tłumacząc, wymyśla siebie na nowo. Jeśli tak, sam jestem ciekaw, kim się jeszcze nam objawi

Wraki | Neil LaBute | reżyseria: Agnieszka Lipiec-Wróblewska | Teatr WARSawy w Warszawie | Recenzja: Jacek Wakar | Ocena: 5 / 6

Jacek Wakar, Polskie Radio