Kiedy patrzyłem na Jacka Poniedziałka w monodramie „Wraki” w Teatrze WARSawy, od razu przypomniał mi się jego Krum w przedstawieniu Krzysztofa Warlikowskiego. Ta sama kamienna twarz i dezynwoltura, a pod spodem wulkan emocji.
"Wraki" to jeden z tych spektakli, które powstają za przysłowiowych kilka złotych. Na scenie jeden aktor, pusta przestrzeń, której głębię modeluje światło. Dekoracje Agnieszki Zawadowskiej ograniczone do minimum, aby nic nie odciągało uwagi od bohatera. Monodram Neila LaBute’a wyreżyserowała Agnieszka Lipiec- -Wróblewska, która swoimi ostatnimi pracami udowadnia, jak bardzo czuła jest na aktorów. Chwilę temu w foyer warszawskiego Teatru Syrena widziałem Wojciecha Malajkata w roli Obłomowa – zabawnej i przejmującej jednocześnie. Teraz we „Wrakach” Jacek Poniedziałek świadomie gra z własnym wizerunkiem, bawi się nim i go rozszerza.
Znajduje do tego pretekst w utworze amerykańskiego dramaturga. Do niedawna jeszcze traktowaliśmy Neila LaBute’a jako raczej przeciętnego dostawcę scenicznej konfekcji, scenarzystę bardziej niż pisarza pełną gębą. Przez polskie teatry przemaszerował jego „Kształt rzeczy”, ale przyczyn jego sukcesu szukałbym w powierzchownej atrakcyjności tekstu oraz w łatwości jego wystawienia. Dopiero zrealizowane przez Grażynę Kanię w Teatrze Narodowym „W mrocznym, mrocznym domu” z wielką rolą Grzegorza Małeckiego ukazało bolesne oblicze jego twórczości. „Wraki” należą do tej samej kategorii. Wskazują najważniejszy chyba temat dramatopisarstwa LaBute’a – opowieść o tym wszystkim, co dotyka ludzkiej seksualności, a mieści się poza przyjmowanymi nawet przez liberalne społeczeństwo normami. Ono dostrzeże w tym anomalię, dewiację, nawet zboczenie, my na widowni – miłość ekstremalną. We „Wrakach” to przesłanie wybrzmiewa ze szczególną siłą.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.