Komiks "Kroniki jerozolimskie" został nagrodzony na prestiżowym europejskim festiwalu w Angouleme. I słusznie, bo to chyba najlepsze dotychczas dzieło kanadyjskiego twórcy, którego obrazkowe relacje z podróży do Birmy i Korei Północnej już mieliśmy okazję w Polsce przeczytać.

Zniechęcony jerozolimską dziwnością Guy Delisle mamrocze pod nosem, że na reportera się nie nadaje. Zamknięte okazuje się tutaj otwartym, a otwarte zamkniętym, zdjęć robić nie można, a szkicować się nie da, bo co i rusz człowiek zerka na niebo, skąd może spaść i kamień, i rakieta. Na codzienne, często niespodziewane radości składa się odkrycie nowego skrótu pomiędzy kamienicami lub czynnej w sobotnie popołudnie kawiarenki. Przyjęte za pewnik wygody dostępne na każdym rogu naszych miast tutaj bywają zbytkiem.

Złożona z kilku prostych kresek twarz Delisle’a bezbłędnie wyraża permanentne zadziwienie zastanym w Jerozolimie (nie)porządkiem. Jego zakłopotanie czuć przy przerzucaniu kolejnych stron. Może się wydawać, iż próby ogarnięcia skali zróżnicowania tego miasta – kulturowego, etnicznego, politycznego i religijnego – oraz zrozumienia reguł nim rządzących są z góry skazane na niepowodzenie. Delisle poleciał do Jerozolimy za małżonką, pracującą dla Lekarzy bez Granic, lecz przewija się ona jedynie na tle tej introwertycznej opowieści zagubionego faceta, którego status wolnego strzelca obliguje do nieustannego zapełniania kolejnych dni coraz to nowymi obserwacjami. „Kroniki jerozolimskie” stały się tym samym komiksowym dziennikiem Delisle’a, niby prywatnym, ale opowiadającym o kosmopolitycznej społeczności orbitującej nieustannie wokół niego, zamieszkującej podzielone murem miasto, tę stolicę niebędącą stolicą.