Nowa powieść Wita Szostaka udaje satyrę na współczesnych akademików, ale jest także gorzkim portretem polskiego intelektualisty, a nawet opowieścią o literaturze i krytyce literackiej.

W „Stu dniach bez słońca” pisarz odmalowuje losy rodzimego naukowca na krańcu świata. Nie jest to jednak próba opowiedzenia o emigracyjnym losie. To portret wyjątkowo złośliwy, a twórca „Dumanowskiego” nie oszczędza właściwie nikogo: przekonanego o własnej wielkości badacza, zgnuśniałego środowiska akademickiego, a nawet polskiej literatury fantastycznej. Doktor Lesław Srebroń – powieść ma formę jego zapisków z podróży – na uniwersytecie na Finneganach analizować ma bowiem prozę Filipa Włócznika, największego (przynajmniej jego zdaniem) autora polskiej fantastyki. Rozpływa się w zachwytach nad jego geniuszem, lecz z równą pasją zachwyca się także sobą i własną wyimaginowaną misją ocalenia kultury Zachodu.

Srebroń jest megalomanem i narcyzem, ale w swojej naiwności przypomina też nieco Lemowskiego Ijona Tichego lub bohatera „Braku wiadomości od Gurba” Eduarda Mendozy (przypomnę, że był nim kosmita, który za grosz nie potrafił pojąć reguł rządzących ludzkim światem). Właściwie dawno stracił kontakt z rzeczywistością, wszystko rozumie opacznie, żyje złudzeniami i miesza sacrum z profanum. Podrzędny uniwersytet traktuje jak miejsce spotkań największych humanistycznych autorytetów Europy, złośliwości kolegów po fachu bierze za intelektualny ferment, każde spojrzenie kobiety uznaje za wstęp do godów, a swoje zapiski i spostrzeżenia zrównuje już to z Dostojewskim, już z Joyce’em.