JOHN CLEESE nie żartuje – on naprawdę napisał autobiografię. „Tak czy inaczej...” to bardzo zabawna opowieść o lęku, wstydzie, kompleksie niższości i traumie bycia Anglikiem
Ta książka nie wzbudziła entuzjazmu w Wielkiej Brytanii. Przede wszystkim stała się obiektem wieloodcinkowego ataku tabloidu „Daily Mail”, co skądinąd zrozumiałe, bo Cleese w „Tak czy inaczej...” nie zostawia na tej gazecie suchej nitki. Ale również reakcja poważniejszych mediów była, delikatnie mówiąc, wstrzemięźliwa. Niewykluczone, że recenzenci po prostu nie mogli wyjść ze zdumienia: oto profesjonalny komediant napisał całkiem poważną, sumienną autobiografię, w której w dodatku niemal całkowicie pominął najważniejszy punkt w swojej karierze – udział w grupie Monty Pythona. Narracja w „Tak czy inaczej...” urywa się bowiem w momencie, gdy Pythoni w 1969 roku nagrywają pierwszy odcinek programu. W konsekwencji nie znajdziecie w tej książce praktycznie żadnych smakowitych szczegółów, choćby na temat kulis powstawania „Hotelu Zacisze” czy „Rybki zwanej Wandą”.
Cleese – rocznik 1939 – mógł sobie oczywiście pozwolić na taką ekstrawagancję, ale nie tylko o złośliwy żart z publiczności tu chodzi. Jego autobiografia jest pomyślana jako rodzaj niefikcyjnej opowieści o stawaniu się artystą, opowieści, którą sam autor chciałby pojąć. Cleese próbuje w ten sposób po pierwsze uciec od persony, w którą zwykł się wcielać na scenie albo przed kamerą, mistrza brutalnego surrealizmu, „sadystycznego bęcwała z klasy wyższej”, a po drugie pokazać, że na jego zawodowe kompetencje komika składają się rozmaite, często sprzeczne, niejednokrotnie traumatyczne życiowe doświadczenia. W jakiejś mierze ta osobista historia jest też późnym owocem długich dekad terapii; tak, owszem, ludzie z wielkim poczuciem humoru mają przeważnie bardzo cienką skórę. Nie chcę naturalnie powiedzieć, że „Tak czy inaczej...” to pomnikowa bufonada – to bardzo zabawny tekst skrzący się sarkastycznymi puentami, ale warto go czytać nie tylko dla rozrywki.